O polskiej bylejakości na przykładzie

Jedną z rzeczy, które najbardziej mi przeszkadzają w Polsce, jest nasza bylejakość. Ma wiele postaci i choć spotykam ją na każdym kroku, wciąż nie mogę przywyknąć i wciąż mnie uwiera. Poniżej parę przykładów:

– usiłowałem dowiedzieć się czegoś od Ministerstwa Zdrowia i Centrum Zdrowia Dziecka. Ministerstwa i inne instytucje publiczne mają zapisany w prawie obowiązek odpowiadać obywatelom na ich zapytania, nawet jeśli uważają je za idiotyczne; nie odpowiadają;

– mejla z pewną propozycją wysłałem do redakcji 3 poważnych (a przynajmniej znanych) tygodników; odpowiedzią mi było wyniosłe milczenie;

– miałem sprawę do pewnej polskiej pani profesor; napisałem do niej mejla ze 3 tygodnie temu i wciąż czekam na odpowiedź (coś mi mówi, że jeszcze poczekam); gdy niedawno miałem drobne pytanie do profesora Mechoulama, odpowiedział następnego dnia (wiem, że innym też odpowiada); od Manuela Guzmana odpowiedź także dostałem praktycznie natychmiast.

 

Jakiś czas temu (może ze 3 miesiące, chodziło się jeszcze w zimowych kurtkach) spotkałem się z członkiem studenckiego koła naukowego pewnej polskiej uczelni medycznej. Zaproponowałem, że dla chętnych wygłoszę pogadankę czy prelekcję o układzie endokannabinoidowym: to temat, o którym przez 6 lat nie powie im żaden profesor, a który – po ćwierćwieczu od odkrycia receptora CB1 – współczesnych lekarzy jednak powinien zainteresować, choćby teoretycznie, choćby z ciekawości. Nie bardzo wierzyłem, że coś z tego wyjdzie, ale uważałem, że warto spróbować. (Oczywiście, pogadanka miała być całkowicie gratis, co dodaję dla wszelkiej pewności.) Mój rozmówca pokiwał głową i stwierdził, że temat jest interesujący, ale on sam nie może podejmować takich decyzji i przedyskutuje to z resztą zarządu koła. A na koniec dodał coś, co mnie bardzo zdziwiło: „Tak czy tak się skontaktujemy”. Łał! – co za niespodziewana deklaracja w krainie bylejakości. Może przyszłość tego kraju jednak nie jest tak ciemna, jak mi się wydawało…?

Nie skontaktowali się do dziś. Nawet za bardzo nie lamentuję, kilku czy nawet kilkunastu młodych lekarzy, którzy dowiedzieliby się o istnieniu czegoś kontrolującego i regulującego układy nerwowy i odpornościowy niewiele w skali kraju zmienia. Ale jest jedna rzecz, której chętnie bym się dowiedział: czy to oni sami doszli do wniosku, że szkoda czasu na głupoty, czy może pomysł tak nieprawomyślnej imprezy wybiły im z głowy władze uczelni. Pewnie już się tego nie dowiem – jak tylu innych rzeczy (jak choćby: kto stał za uwaleniem w Sejmie nowelizacji Uopn…?)

Bylejakość rulez!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.