Ludzie listy piszą…

Listy albo mejle. Właśnie dostałem mejla, którym chciałbym się tu podzielić (a troszkę także pochwalić). Wklejam go w całości, nie zmieniając ani przecinka – opuszczam jedynie podpis, bo nie wiem, czy nadawca życzyłby sobie, bym upublicznił jego tożsamość.

Jestem ojcem prawie już 19 letniego chłopca, który w okresie dojrzewania dostarczył zarówno mnie jak i żonie wiele stresu, nerwów, łez i nieprzespanych nocy. Przebywamy obecnie całą rodziną na wakacjach i właśnie skończyłem czytać Pana książkę Odkłamywanie marihuany. Chcę podkreślić, że zakup tej książki i jej przeczytanie był moją inicjatywą, a nie syna. Jej przeczytanie zajęło mi trzy dni i chcę Panu napisać, że to był bardzo dobrze spędzony czas. Do samego końca wstrzymywałem się z oceną zawartości książki i samego autora aby przekonać się, że informacje w niej zawarte są obiektywne. Chciałem Panu podziękować za to że dzięki Panu mogłem rozwinąć swoją świadomość w zakresie marihuany. Książka ta uspokoiła mnie. Widzę teraz jakie popełniałem błędy gdy z synem rozmawiałem na temat marihuany czy CBD. W jego oczach musiałem wyglądać na zacofanego i niegodnego zaufania. Teraz kiedy z nim porozmawiałem aby opowiedzieć mu czego dowiedziałem się z książki podziękował mi za to, że się zaangażowałem. Czuję że to poprawiło nasze relacje. Podziękuję Panu w ten sposób, że po pierwsze podzielę się informacją o tym, że przeczytałem tą książkę na grupie w internecie do której należą rodzice nastolatków z podobnymi doświadczeniami co ja bo naprawdę uważam że powinno się przeczytać tą książkę, a po drugie to kupię drugą Pana książkę pt Marihuana leczy aby mieć pełen obraz. Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej pracy nad tego typu zagadnieniami.

Nadchodzi tanie zioło?

Wszyscy pacjenci skarżą się na ceny marihuany sprzedawanej w polskich aptekach. Ale, uwaga, uwaga! w tym tunelu widać światełko:

…co prowadzi do sytuacji, w której Polscy producenci muszą importować surowiec konopny z krajów trzecich. Według szacunków, koszt importowanego surowca jest kilkusetkrotnie wyższy, niż koszt jego pozyskania na terenie Polski – mówi też Anna Mirek.

(Cytat stąd: www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/konopie-i-marihuana-medyczna-narodziny-gwiazdy,198823.html)

No dobrze, policzmy. Założę, że „kilkusetkrotny” to marne 300x. Założę też, że gram kosztuje w aptece 90 zł (nie słyszałem jeszcze o takiej cenie, ale przyjmuję ją dla prostoty rachunków w pamięci). Oznaczałoby to, że gram aptecznej ale made in polskiej marihuany kosztowałby (90:300 =) 0,3. Złotego. Czyli groszy polskich 30. Za gram zioła o jakości farmaceutycznej. W imieniu pacjentów bardzo gorąco życzę pani radczyni Mirek, żeby się jej sprawdziło.

PS
Konopne rozważania ortograficzno-gramatyczne [„Anna Mirek (…) tłumacząc prawne zawiłości związane z uprawą konopii mówi, że w Polsce jakakolwiek uprawa konopi innej niż włóknista jest zabroniona„] zostawiam na boku – to jest walka z wiatrakami, a poza tym winna jest tu raczej na pewno redakcja, a nie pani radczyni.

To gorzkie rodzynki, to gorzkie migdały

Jest w Polsce spore grono osób deklarujących poparcie dla idei legalizacji marihuany. To marihuanowi aktywiści, zwolennicy medycznych zastosowań zioła, przedsiębiorcy konopni, dziennikarze, politycy (w tym kilkunastu posłów z Parlamentarnego Zespołu ds. Legalizacji Marihuany), celebryci.

W połowie 2020 ukazała się moja książka „Legalizacja? – jestem za”. Wyłożyłem w niej wiele argumentów pokazujących, że tam, gdzie legalność marihuany stała się faktem, nie tylko nie zaistniały żadne niekorzystne zjawiska, uparcie wieszczone przez prohibicjonistów, lecz na niektórych polach wręcz uzyskano poprawę. (Najważniejszy bodaj ze wszystkich wskaźników, używanie marihuany przez nieletnich, po legalizacji zmniejsza się – w książce tłumaczę ten pozorny paradoks).

Pisząc tę książkę chciałem dostarczyć zwolennikom legalizacji mocnych, opartych na faktach argumentów do dyskusji o płynących z niej pożytkach. Byłem przekonany, że książka rozpocznie kolejną odsłonę dyskusji, tym razem bardziej konkretną, bardziej merytoryczną. Egzemplarze okazowe zostały wysłane do wielu marihuanowych aktywistów, zwolenników medycznych zastosowań zioła, przedsiębiorców konopnych, dziennikarzy, polityków, celebrytów. I…

I nic. Cisza.

Parę osób publicznie pokwitowało odbiór – miło z ich strony, ale nie o to mi chodziło. Spodziewałem się dyskusji, najpierw w naszym gronie, potem stopniowo z ludźmi z zewnątrz. Spodziewałem się (ba, byłem przekonany), że będzie jakaś reakcja. Że zwolennicy będą zachęcać do lektury, a przeciwnicy wyciągać kontrargumenty. Że coś się zacznie. A tu… cisza.

Długo zastanawiałem się nad przyczynami. Może upłynęło jeszcze zbyt mało czasu? No, ale to w końcu już ponad pół roku; ja do interesującej mnie książki biorę się natychmiast, odkładając to, co akurat czytam, albo w najgorszym wypadku zaraz po skończeniu bieżącej lektury. Przez pół roku można uważnie przeczytać wiele książek… Więc może moja ostatnia produkcja jest takim knotem, że niewspominanie o niej publicznie jest po prostu przysługą życzliwych mi osób? Cóż, to, co teraz napiszę, jest dyktowane nie brakiem skromności, lecz realizmem. Można dyskutować (a ja cały dumny), czy jest to pozycja wybitna, czy bardzo dobra, czy tylko dobra. Ale zła…? zła nie jest, no nie jest. (Niektóre tezy owszem, mogą być dyskusyjne, ale właśnie dyskusji, bezskutecznie jak dotąd, oczekiwałem). Zresztą, bardzo nieliczne znane mi opinie osób, które mój tekst przeczytały, potwierdzają moje przekonanie: to nie jest zła książka. To w takim razie może ludzie i instytucje przeciwne legalizacji połączyły siły i blokują w przestrzeni publicznej jakiekolwiek choćby wzmianki o książce? Tę możliwość wymieniam oczywiście żartem, bo ani temat, ani autor nie uzasadniają takiej zmasowanej akcji (nawet przyjmując spiskową teorię, że byłaby ona w ogóle możliwa). No ale, last but not least, panuje przecież pandemia, ludzie myślą i mówią tylko o tym, jak ją przeżyć, prawda? Otóż nie, nieprawda. W ostatnich miesiącach w polskim konopnym środowisku szeroko komentowanych było wiele różnych wydarzeń z covidem niezwiązanych (garść przykładów: dotycząca legalności marihuany decyzja Izby Reprezentantów USA; akcja #UniewinnićMariana; sprzedaż akcji Kombinatu Konopnego; zapowiedź nowej polskiej książki – tej o konopiach w kuchni; piwo Wojewódzkiego i Palikota). Jak widać, pandemia nie zabiła życia w konopiach. A więc: jakie są powody tej głębokiej ciszy? Nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że rozumiem naszą niezbyt wielką marihuanową społeczność, ale okazało się, że chyba bardzo się myliłem. Moje oczekiwania tak rozminęły się z rzeczywistością, że aż zdecydowałem się o tym napisać. Może mi ktoś wyjaśni.

Na koniec (na wszelki wypadek, choć hejterskich komentarzy też pewnie nie będzie) napiszę jeszcze o tym, co nie jest powodem napisania tych słów. Nie jest to żądza sławy („Dlaczego nie mówią o mnie w każdym Pudelku, przecież zasługuję, nie?„). Nie mam „parcia na szkło”, nie wiem, jak czułbym się w świetle reflektorów – pewnie niezbyt dobrze. Chodzi mi o rozpropagowanie pewnych idei, nie autora o nich piszącego. Powodem nie jest też żądza pieniądza („Dlaczego nie mówią o mnie w każdym Pudelku, przez to sprzedaż książek leży„). Zupełnie otwarcie powiem: od samego początku projekt ten był napędzany motywami innymi niż chęć zysku. Oczywiście, gdyby książka sprzedawała się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, wcale bym nie przeklinał losu, to jasne. Ale nie o to mi chodziło podczas tych paru miesięcy pisania. Nie o to…

PS
Rzetelność nakazuje mi napisać, że jednoakapitową wzmiankę o książce umieściły na swoim FB Wolne Konopie, a portal Nasza Polska opublikował zapis mojej rozmowy z Pawłem Skuteckim. (To właśnie wyrażone w innym miejscu stwierdzenie Pawła „Mnie przekonała” jest jednym z tych wspomnianych wcześniej komentarzy mówiących mi, że książka nie jest zła).

PPS
Jeżeli pominąłem tu czyjąś wypowiedź (a zwłaszcza jakąś związaną z treścią książki dyskusję), to bardzo przepraszam, nic o nich nie wiem. Ale, szczerze powiem, nie sądzę, żeby coś mi umknęło, środowisko jest na tyle małe, że takie informacje się rozchodzą szeroko.

Tańcowały dwa Rafały

… i już mieli kończyć, gdy w samej końcówce rozmowy pojawił się temat, który dla obu rozmówców jest – jak się domyślam – dość obcy. Zeszło mianowicie na temat marychułany…

Najpierw Rafał dwojga nazwisk stwierdził, że w Czechach marychułana jest legalna. Otóż nie, nie jest. Podobnie jak u nas jest ona tam nielegalna, choć, biorąc pod uwagę podejście tamtejszych organów ścigania, jest nielegalna zdecydowanie mniej niż w Polsce.

Potem wypowiedział się Rafał dwojga imion. (Jego wypowiedzi były już wcześniej przedmiotem moich kąśliwych uwag – w Postscriptum tego wpisu oraz tu). Stwierdził on, że „monopol na tę [= medyczną w Polsce] marihuanę ma jakaś firma izraelska”. Cóż, gdzieś dzwonią, ale nie bardzo wiadomo, w której synagodze. Na tym dzwonieniu Rafał dwojga imion oparł tezę, że Izraelczycy będą nas doić i powiązał kwestię medycznej marihuany (przepraszam: tak zwanej medycznej marihuany) z ustawą 447. W jednej wypowiedzi mamy dwa duże byki, taką swoistą promocję: zapłać za jeden, weź dwa. Po pierwsze, polska ustawa o medycznej marihuanie (która de facto jest nowelizacją starej wysłużonej Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii) nie ustanawia monopolu na dostawy z żadnego kraju: mogą być z Izraela, ale mogą skądkolwiek indziej, choćby z Gabonu, Kazachstanu czy Belize – nowelizacja wymienia z nazwiska tylko jeden kraj: Polskę, z której dostawy są zakazane. Po drugie, w momencie uchwalania nowelizacji Uopn eksport marihuany z Izraela nie był możliwy – ani do Polin, ani do żadnego innego kraju: akurat trwały tam wewnętrzne walki grup interesów i prawo izraelskie na eksport marihuany nie zezwalało. Pierwsza (tak zwana) medyczna marihuana, jaka pojawiła się w polskich aptekach, była kanadyjska. Niedawno do aptek skierował swój produkt drugi dostawca – też kanadyjski. A w Izraelu prawo zmieniło się parę miesięcy temu, eksport jest już możliwy, ale zanim zainteresowani eksporterzy przepchną stosowne papiery przez nadwiślański Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, w Jordanie upłynie jeszcze sporo wody. A zatem, panie Rafale dwojga imion: skucha. Znowu.

Ale… żeby nie było tak smętnie, jest w wypowiedzi RAZ-a ciekawy wątek: w odniesieniu do legalizacji marihuany mówi on: „…niech narkotyki będą legalne, tylko trzeba wprowadzić kartę narkomana, po prostu”. Co prawda w jego ustach (przynajmniej ja to tak odbieram) „karta narkomana” ma wydźwięk despektywny, ale pomijając ten szczegół, panarafałowy postulat jest właściwie zbieżny z tym, co proponuję w mojej niedawno wydanej książce na temat legalności. Zapraszam do lektury (tam ↗ jest link do książki).

Czasem nie pogadasz

Odbyłem niedawno krótką rozmowę z pewnym znanym celebrytą*. Nie wiem, czy chciałby być bohaterem wpisu na moim blogu, więc ukryję jego tożsamość pod pseudonimem Wiesław Czerwiński. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak:

– (ja) Wiem, że jest pan zwolennikiem daleko idącej wolności obywateli.
– (WC) Nawet wolności absolutnej. Człowiek dostał od Boga wolną wolę i powinien móc z niej korzystać.
Czy dotyczy to także narkotyków?
– Nie, narkotyki to coś innego.
Na czym polega ich odmienność?
– Narkomani przez uzależnienie tracą wolną wolę.
Czyli pańskim zdaniem słuszne jest, że narkotyki są nielegalne?
– Tak.
Czy dotyczy to również marihuany?
– Jak najbardziej.
A czy dotyczy też alkoholu?
– Nie, alkohol to inna sprawa.
Ale dlaczego? – w końcu alkohol też uzależnia i powoduje poważne problemy społeczne…
– Ale sam Pan Jezus był, dziś powiedzielibyśmy, bimbrownikiem, a w Piśmie jest napisane, że…

W wielu kwestiach zgadzam się z WC, ale okazuje się, że nie we wszystkim. Cóż, nie jest to żadne odkrycie, że fanatyzm nie sprzyja rozmowie na argumenty.

Ale WC użył też innego antymarihuanowego argumentu: chodzi o jego silne wrażenie, że dziś, kilka lat po legalizacji marihuany w Kolorado, stolica tego stanu wygląda o wiele gorzej niż przedtem i jest tam cała masa osób, po których widać niekorzystne skutki legalizacji. Cóż, nie byłem w Denver ani dawniej, ani teraz, nie mam podstaw, żeby podawać w wątpliwość to wrażenie. Choć znając opinię WC o marihuanie, nie mogę wykluczyć, że nie jest ono do końca obiektywne. I zdecydowanie bardziej miarodajne jest dla mnie zdanie samych mieszkańców Kolorado. Przeciwników legalności tam nie brakuje i jestem głęboko przekonany, że gdyby była szansa, że stanowią większość, natychmiast by podjęto działania, by zmienić prawo. (W Kolorado, podobnie jak w większości innych „legalnych” stanów, decyzję podjęli sami obywatele w referendach). Skoro tak się nie dzieje, widocznie mieszkańcy – obserwujący sytuację na co dzień – widzą coś innego niż nasz znany celebryta. Im jestem skłonny uwierzyć bardziej.

Zainteresowanych tematem zapraszam do lektury książki „Legalizacja? – jestem za”. Znajdą w niej m. in. większą porcję danych o tym, co na temat legalności marihuany sądzą obywatele tam, gdzie legalność jest już faktem: http://odklamywaniemarihuany.pl/ksiazki/.

___________________

* Ktoś może mi chcieć zwrócić uwagę, że „znany celebryta” to jest tautologia (masło maślane), ale wystarczy zajrzeć na strony któregokolwiek z rozlicznych serwisów plotkarskich, żeby się przekonać, ilu mamy w kraju celebrytów zupełnie nieznanych…

Czy człowiek musi palić marihuanę?

„Czy używanie marihuany przez człowieka nie jest sprzeczne z naturą? Czy człowiek musi palić?” Mniej więcej tak napisała kiedyś w internetowej dyskusji przeciwniczka palenia zioła.

Cóż, odpowiedź na drugie pytanie jest prosta: nie, nie musi. Mało jest czynności, które robimy, bo musimy. Ludzie palą marihuanę dlatego, że chcą. Podobnie jest z piciem alkoholu, paleniem papierosów, oglądaniem telenowel, graniem w koszykówkę. Albo w totolotka.

Natomiast pierwsze pytanie to zupełnie inna historia – i tu internautka pewnie by się zdziwiła. Zapewne nie tylko ona.

Na YouTube można znaleźć zabawne filmiki pokazujące, jak gibraltarskie małpy kradną ludziom nie tylko jedzenie (co jest oczywiste i wytłumaczalne), ale i picie. I nie tylko wodę czy napoje gazowane, lecz także zawierające alkohol drinki. Kradną – i wypijają, ku uciesze okradzionych… i własnej. Oswojone małpy żyjące przy świątyniach hinduskich też nie szanują prawa własności i bywa, że czasem sobie chlapną.

 

No, ale to są zwierzęta żyjące blisko człowieka, już przejęły jego nałogi. Zwierzęta dzikie – a, to co innego. Powstaje pytanie: czy słonie, które czasami włamują się do magazynów z alkoholem i wypijają „jednego głębszego” (w ich przypadku bardzo głębszego) są dla naszych rozważań wystarczająco dzikie? Nie wiem, jak często wpadają na drinka i, przede wszystkim, czy natrafiają na magazyny przypadkiem, czy może dobrze wiedzą dokąd i po co idą. W tym drugim przypadku byłby to już nałóg, a winnym jego powstania byłby człowiek. Wciąż nie mielibyśmy do czynienia z czystą naturą, nieskażoną ludzkim zwyczajem przetwarzania roślin na procenty.

Domowe zwierzęta biorą od nas nie tylko alkohol. Z różnych doniesień wiadomo, że koty, psy czy udomowione małpy chętnie towarzyszyły swoim właścicielom w czasie zażywania przez nich opium, wdychając opiumowy dym.

 

W kolejnym przykładzie trudno byłoby winić ludzi, choć bohater żyje bardzo blisko nas: spora część kotów z upodobaniem tarza się w roślinie o nazwie kocimiętka i skubie jej listki – bez wątpienia sierściuchy wprawiają się w ten sposób w stan odurzenia, ale na pewno nie nauczyły się tego od nas.

 

No i wreszcie to: wśród dzikich na 100% zwierząt mamy bardzo ciekawy przykład upajania się. Afrykańskie zwierzęta znają drzewo marula i wiedzą, kiedy dojrzewają jego owoce. A właściwie: kiedy przejrzewają. Gdy przyjdzie odpowiedni moment, słonie i małpy, żyrafy, antylopy i nosorożce stadami schodzą się pod drzewa, by zjadać fermentujące owoce. Czasami mają po tym problemy z utrzymaniem równowagi, ale za to humory im dopisują. (Na szczęście nie stwierdzono przypadków prowadzenia przez nie samochodu pod wpływem maruli).

A amerykańskie wiewiórki, którym do Afryki może być trochę daleko, zjadają czasami sfermentowane płatki magnolii – wygląda, że z bardzo podobnym efektem.

 

Żyjące dziko lemury ostrożnie nadgryzają pewne wydzielające trującą substancję stonogi. Smarują sobie nią futro, co ma działanie przeciwpasożytnicze. Ale przy okazji wprawiają się w stan upojenia, który nam, ludziom, coś przypomina, oj, przypomina… A co? Oczywiście – objedzone sfermentowaną marulą małpy, a cóż by innego?

Badaczom zwyczajów zwierząt znane są jeszcze inne przykłady: ptaki, które zupełnie świadomie wybierają otumaniające jagody; krowy, które z upodobaniem zjadają zioła, po których dostają drgawek i zaczynają się zataczać, ale wkrótce wracają po więcej; małpy, chętnie korzystające ze znalezionych „magicznych grzybów”; wietnamskie bawoły, których w normalnych warunkach nie interesowały uprawy maku lekarskiego, ale gdy rozpoczynały się amerykańskie bombardowania, przełaziły przez ogrodzenie i konsumowały pewną ilość roślin, „znieczulając” w ten sposób swój strach; a nawet pszczoły, które świadomie – jak się wydaje – pijają nektar pewnych orchidei i padają na ziemię w bezruchu; na szczęście dla wszystkich – czasowym.

Teraz ciekawy (a dla mnie nawet najciekawszy) wątek: zwierzęta a marihuana. W literaturze przedmiotu można przeczytać o tym, że nie tylko ludzie lubią konopie inne niż włókniste: jagnięta pasące się przy konopnych polach wyszukują co dojrzalsze rośliny, po czym zachowują się podejrzanie wesoło; myszy i szczury przełamują szczelne policyjne kordony, by dobrać się do zgromadzonych w magazynie dowodów rzeczowych (za co zapewne wdzięczni są im podejrzani w sprawach); służące w greckiej armii konie i muły, które, nie bacząc na ciążące na nich obowiązki wobec ojczyzny, nażerały się konopi niespełniających antynarkotykowych norm i nie były już w stanie służyć słusznej sprawie.

Obok wątku zwierzęco-doustnego jest tu też wątek zwierzęco-wziewny: w dokumentalnym filmie pt. „Project NIM” mowa jest o szympansie, który razem ze swoimi opiekunami palił marihuanę. To ciekawe, bo nie bardzo widzę możliwość, by zmusić małpę do palenia jointa, gdyby sama tego nie chciała (zresztą, jej opiekunowie byli bardzo przyjacielscy i na pewno by do jarania nie zmuszali). Wyciągam stąd wniosek: jednak sama chciała.

 

OK. Ale – powiedzą sceptycy – to jednak są zwierzęta. (Niektórzy dodadzą: „to są tylko zwierzęta”). Tu bym się już nie zgodził, bo przecież szukamy odpowiedzi na pytanie, czy odurzanie się jest naturalne, a działania zwierząt, zwłaszcza dzikich, naturalne na pewno są. Dobrze, jeszcze jeden przykład. Tym razem nie chodzi o „tylko zwierzęta”. Wszyscy znamy taki obrazek: kilkuletnie dziecko na huśtawce woła do mężczyzny napędzającego całą zabawę siłą swych mięśni: „Wyżej, tato, wyżej!”. Wielu z nas nawet było osobiście w takiej sytuacji. Albo inna scenka: dziecko kręci się dookoła własnej osi aż w końcu traci równowagę i ze śmiechem upada. Albo długo wisi głową w dół na trzepaku, a potem schodzi i przez dłuższą chwilę widzi zupełnie inny świat. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia ze stanem, którego nazwa przyprawia niektórych ludzi o zgrozę: stan zmienionej świadomości. Dzieci dążą do niego instynktownie, przecież nikt ich tego nie uczył. Ich umysły są niezaburzone przesądami albo ustawami o przeciwdziałaniu narkomanii – czysty zwierzęcy instynkt. Widocznie zwierzęta (w tym człowiek) mają potrzebę przejścia od czasu do czasu „w inny wymiar”. A zatem – nie wydaje mi się, żeby było to sprzeczne z naturą.

Nie jestem w tym mniemaniu odosobniony. „Uważam, że chęć zmiany świadomości jest wrodzoną, normalną tendencją podobną do głodu lub popędu seksualnego” oraz „Używanie narkotyków jest powszechne. Każda ludzka kultura we wszystkich epokach historii używała jednej lub kilku substancji psychoaktywnych. (…) Właściwie przyjmowanie narkotyków jest tak powszechne, że wydaje się być jednym z podstawowych działań człowieka” (autor obu wypowiedzi: dr Andrew Weil). „Odurzanie się to powszechny ludzki motyw. Nigdzie w historii nie ma śladów w pełni ukształtowanych społeczeństw, które żyłyby bez użycia substancji psychoaktywnych” (Stuart Walton).

I na koniec jeszcze dwa nieco dłuższe cytaty:
– „Wyraźnie i od dawna ludzkość odczuwa pociąg do pijaństwa i ogólnie do stanów zmienionej świadomości. Niektórzy uczeni twierdzą, że ten długotrwały pociąg musi być jakoś związany z naszymi cechami biologicznymi. Amerykański psychofarmakolog Ronald K. Siegel dowodził, że pragnienie odurzania się jest jednym z czterech podstawowych popędów, które rządzą ludzkim zachowaniem – pozostałe to głód, pragnienie i popęd seksualny. Badania Siegela nad sposobem wpływania narkotyków na ludzi i inne zwierzęta przekonały go, że’popęd ku odurzeniu’ stanowi elementarną siłę motywującą. Funkcja tego popędu miałaby polegać na tym, że pomaga, dzięki pewnej formie samoleczenia, zachować zdrowie psychiczne. Według Siegela, środki odurzające są rodzajem leku: kiedy jesteśmy zestresowani, pełni niepokoju, zbolali, poszukujemy środków, które przynoszą nam ulgę; kiedy jesteśmy zmęczeni lub pogrążeni w depresji, poszukujemy stymulantów na poprawę nastroju” (Paul Martin, „Seks, narkotyki i czekolada”, Wyd. Muza SA, tłum. Anna Dzierzgowska;

– „To, aby ludzkość kiedykolwiek mogła obejść się bez Sztucznych Rajów, wydaje się mało prawdopodobne. Większość mężczyzn i kobiet wiedzie życie w najgorszym razie tak bolesne, a w najlepszym tak monotonne, ubogie i ograniczone, że chęć ucieczki, pragnienie własnej transcendencji nawet na kilka chwil jest i zawsze było jednym z głównych apetytów duszy. (…) Dla osobistego, codziennego użytku zawsze istniały chemiczne środki odurzające. Wszystkie roślinne środki uspokajające i narkotyki, środki euforyczne, które rosną na drzewach, halucynogeny, które dojrzewają w jagodach lub mogą być wyciśnięte z korzeni, wszystkie, bez wyjątku, były znane i stosowane od niepamiętnych czasów” (Aldous Huxley, „Drzwi percepcji”, wyd. Cień Kształtu, tłum. Marta Mikita).

Nie mam większych wątpliwości: spoglądanie ku odmiennym stanom świadomości nie jest wynaturzeniem. Jest częścią ludzkiej natury. Ważne, żeby zawsze odbywało się pod kontrolą zainteresowanego i by podróżowanie do innych wymiarów nie niosło ze sobą szkód dla osoby w nich bywającej.

I tu się kłania różnica między prohibicją a wyedukowaną legalnością.

Powyższy tekst (bez filmików, rzecz jasna) jest częścią mojej nowej książki, której nawet wirus nie zatrzyma i która ukaże się za kilka tygodni. Będzie nosiła tytuł „Legalizacja? – jestem za” , a rozpoznać ją będzie można po tym:

Tak, szkolenia potrzebne

W opolskim dodatku internetowej Wyborczej  ukazał się właśnie artykuł oparty na rozmowie z tamtejszym farmaceutą, pokazujący, jak sprzedaż medycznej marihuany wygląda z tamtej strony aptecznej lady. Tekst ciekawy, można by go polecić bez komentarza, ale? jeden fragment wypowiedzi o komentarz aż krzyczy. Oto on:

pacjenci konsumujący marihuanę w pierwszym okresie leczenia, który może trwać nawet kilka miesięcy, nie mają jeszcze wykształconej tolerancji i odczuwają wszystkie psychoaktywne skutki jej stosowania. Dopiero po pewnym czasie pacjenci stosujący tę substancję mogą normalnie funkcjonować i wykonywać takie czynności jak robienie zakupów czy załatwienie spraw urzędowych.

No tak, przez kilka miesięcy pacjenci otumanieni marihuaną (co z tego, że medyczną) będą chodzić jak zombi, niezdolni nawet do zrobienia zakupów, o skomplikowanych (w Polsce szczególnie) sprawach urzędowych nie wspominając. W końcowej części wypowiedzi pana farmaceuty czytamy:

W najbliższym czasie będziemy jeszcze szkoleni, aby jeszcze lepiej poznać tę roślinę i jej zastosowanie.

Oj tak, całkowicie się zgadzam: jak widać, takie szkolenia są bardzo potrzebne.

Medyczny alkohol

Telewizje śniadaniowe mają 2-3 dyżurnych specjalistów od marihuany. Jednym z nich jest p. Robert Rutkowski. Jest terapeutą o wielu specjalnościach, między innymi terapeutą uzależnień. Przyznaje, że kiedyś sam był uzależniony, na co dziennikarz śniadaniowy mówi z uznaniem: „To pana uwiarygadnia” [program 1, 9:19]. Nie znam zawodowych dokonań p. Rutkowskiego, nie wiem, jakim jest terapeutą, więc mój sprzeciw tutaj jest tylko formalny: fakt bycia byłym uzależnionym uwiarygadnia go tylko jako byłego uzależnionego, ale nie jako terapeutę czy, powiedzmy, specjalistę od marihuany. Gdyby było inaczej, każdy były piłkarz mógłby z definicji być wybitnym trenerem, a, jak wiemy, do zawodu tego skutecznie przechodzą tylko nieliczni byli kopacze.

I jeszcze o wiarygodności: żeby postraszyć telewidzów śniadaniowych marihuaną pan terapeuta mówi [1: 9:33]: „pięcioletnie technikum robiłem 7 lat” ? dlaczego? bo palił marihuanę i nie mógł się skupić na tekście. A co to ma wspólnego z wiarygodnością? Otóż w (stworzonym przez wydawcę, jak sądzę) opisie jednej z jego książek czytamy: „Sięgnął po narkotyki, mając 18 lat. Od razu wpadł w uzależnienie od heroiny. To był pierwszy narkotyk, jaki poznał ? jeden z najsilniejszych znanych narkotyków”. A zatem: pierwsza była hera, siejąca bez porównania większe spustoszenie w organizmie ludzkim, ale winę za 2 dodatkowe lata w szkole ponosi marihuana, bo nie pozwalała się skupić nad podręcznikiem. Cóż, nie jestem byłym uzależnionym, więc pewnie się nie znam (nie wiem na przykład, jak po heroinie idzie wkuwanie), ale mimo wszystko coś mi tu nie pasuje.

Druga rzecz, jaka mi nie pasuje u zapraszanego do śniadaniówek eksperta od marihuany, to pewien prymitywizm jego przekazu. Oto w innym programie dla zohydzenia telewidzom marihuany poświęcił zakupiony w Akademii Noblowskiej w Sztokholmie model mózgu i przed kamerą dziarsko go podźgał przyniesionym w tym celu nożem sprężynowym [2: 4:20]. (Wygląda jednak, że ciosy były niezbyt brutalne i mózg przeżył). Cóż, widać, że pan terapeuta zna historię marihuanofobii ? amerykańscy propagandziści też „lubili bazować obrazem”, też „lubili metafory”: tutaj  możemy zobaczyć, jak wygląda your brain on drugs (a tutaj wersja nowsza, lepsza technicznie i wydłużona, żeby przekaz dotarł skuteczniej).

Zanim przejdę do właściwego tematu tego wpisu jeszcze jedna uwaga. P. Rutkowski czeka na wieloletnie badania działania CBD [2: 9:15]. Może jestem przewrażliwiony, ale ja w podtekście słyszę zawoalowaną groźbę: „poczekajcie jeszcze parę latek, a zobaczycie, że wam to wasze CBD być może spali mózgi jak nagrzana patelnia”. Ciekaw jestem, czy bohater tego wpisu z równą niecierpliwością czeka na wyniki wieloletnich badań produktów, które są sprzedawane w aptekach, a do użytku terapeutycznego bywają zatwierdzane po raptem paru miesiącach prób klinicznych.

No dobrze, dość wstępów, czas przejść do tematu głównego. Protestując przeciwko terminowi „medyczna marihuana” p. Rutkowski mówi [1: 8:08]: „mamy całą masę leków, gdzie jednym ze składników, nośnikiem różnych substancji pozytywnych jest alkohol (?) Czy mówi się o medycznym alkoholu?” Ten bon mot najwyraźniej bardzo mu się spodobał, bo użył go ponownie w jednym z kolejnych programów na śniadanie [2: 8:07]. Wątek ten skwapliwie podchwytuje jeden z prowadzących [1: 8:27]: „Tak, i mamy analogiczną sytuację”. Cóż, dziennikarz śniadaniowy z definicji zna się na wszystkim, więc trudno go za tę uwagę winić. Ale pan terapeuta, ponoć dwojga fakultetów? Czyżby nie wiedział, że alkohol w farmaceutykach nie jest substancją czynną, leczniczą? Zresztą? jak to: nie wiedział? Sam przecież powiedział: alkohol jest nośnikiem. Czyli substancją pomocniczą. Nośnikiem, a czasem stabilizatorem (dla pewności zapytałem pani w aptece, żeby się publicznie nie zbłaźnić), ale nigdy substancją czynną. A zatem mówienie o medycznym alkoholu byłoby tym samym, co mówienie o medycznej karetce albo o medycznej strzykawce.

A czy określenie „medyczna marihuana” ma sens? Proponuję, żeby osoby czytające ten tekst same sobie spróbowały odpowiedzieć na to pytanie. Na wszelki wypadek podrzucę podpowiedź: w marihuanie jest zawarta setka unikalnych substancji zwanych kannabinoidami, których działanie prozdrowotne zostało już po wielokroć wykazane w badaniach naukowych (o praktyce rzeszy chorych nie wspomnę), a poza kannabinoidami są tam też setki innych substancji (choćby terpenów czy flawonoidów, których właściwości lecznicze znane są ludziom i wykorzystywane od tysięcy lat).

Teraz pytanie na śniadanie. To jest, przepraszam, na zakończenie: dlaczego p. Rutkowski wspomniał o „medycznym alkoholu”? Je widzę dwie możliwości:

?) jest debilem? Ale nie, nie jest, sam w jednym z programów zadał pytanie [1: 9:36] „Czy jestem debilem?” ? i skutecznie uzyskał od wszystkich uczestników rozmowy gorące zapewnienie, że nie, nie jest. Zresztą wyjaśnia to naukowo [1: 10:03]: „mój przykład pokazuje, że ta kora [przedczołowa] się regeneruje”. A zatem, skoro ustaliliśmy, że pan terapeuta nie jest debilem i że ma zregenerowaną korę przedczołową, to ? skoro mimo to używa tego bzdurnego określenia ? trzeba przejść do możliwości numer 2:

?) za niezbyt lotnych p. Rutkowski uważa telewidzów śniadaniowych, którzy łykną to jak pięćdziesiątkę (niemedycznej) wódki.

Cóż, nie mnie osądzać, ile ma w swej ocenie racji.

_______________

PS
Informacja o lokalizacji wykorzystanych w tekście cytatów:
1. program 1: „Marihuana i jej wpływ na zdrowie”, data emisji 29.09.2018: https://pytanienasniadanie.tvp.pl/39246936/marihuana-i-jej-wplyw-na-zdrowie
2. program 2: „Naukowcy ostrzegają: już jedno zapalenie marihuany wywołuje zmiany w mózgu”, data emisji 4.05.2019: https://pytanienasniadanie.tvp.pl/42477585/naukowcy-ostrzegaja-juz-jedno-zapalenie-marihuany-wywoluje-zmiany-w-mozgu

PPS
O terapeutach wypowiadających się na temat marihuany pisałem już na tym blogu kilka lat temu.