Karon, Karon über alles

I można tutaj zorganizować 100 tysięcy konferencji wszystkich najważniejszych autorytetów naukowych z całego świata, oni sobie mogą gadać, a ja i tak i tak będę powtarzał swoje.

Powiedział pan Karoń. No, to tytuł niniejszego wpisu mamy wyjaśniony.

Jeśli ktoś ma ochotę, niech posłucha kawałek dalej, bo będzie też element jawnie humorystyczny:

Mogę państwa zapewnić, że właśnie ze względu na znaczenie tego problemu obczytałem się tak, że jak będę zmuszony, to będę jechał taką fachową terminologią, że ci wszyscy udawacze to trochę się zastanowią nad tym, co gadają.

Faktycznie, braki terminologiczne u p. Karonia były spore (patrz tu). Zastanawiam się – i proszę wszystkich o pomoc: jak by można zmusić Karonia, żeby pojechał fachową terminologią, co?

PS
Gdy już porzuca kwestie marihuany i, via Owsiak i neomarksizm, przechodzi do naszych spraw bieżących, Karoń mówi całkiem rozsądnie (na ile jestem w stanie to ocenić). Jeśli kogoś to interesuje (i wytrzymuje rozwlekłość wywodu i permanentne splątywanie wątków), zachęcam do wysłuchania. Ale w sprawie medycznej marihuany, mimo deklarowanego przez mówcę obczytania, jednak radzę czerpać z innych, bardziej wiarygodnych źródeł.

Głos aptekarza

W odróżnieniu od polskich lekarzy, farmaceuci wydają się być zdecydowanie otwarci na medycznie stosowaną marihuanę. Dlatego z zainteresowaniem przystąpiłem do lektury rozmowy z jednym z członków Naczelnej Rady Aptekarskiej. Już ponad rok temu wypowiadał się na ten temat, założyłem więc, że się zna. No i faktycznie, mówi rozsądnie, ale… Oto moje trzy uwagi:

… leczenie migreny medycznymi konopiami – szczerze przyznam – może gdzieś jest spotykane, ale ja się z tym nigdy nie spotkałem.

Upsss. Uporczywe, słabo reagujące na farmaceutyki migreny są u wielu chorych bardzo skutecznie leczone przy pomocy marihuany. Co ciekawe, w wielu przypadkach potrzebne są bardzo niewielkie jej ilości (słyszałem o przypadku kobiety, u której 2-3-krotne zaciągnięcie się eliminowało objawy choroby na kilka dni).

Czy ten specyfik będzie odurzający? Proporcje będą następujące THC 19 proc. +/- 10 proc., CBD<1 proc. Z tego, co mi wiadomo, te proporcje są nieatrakcyjne dla osób, które chcą używać tego specyfiku w sposób rekreacyjny

Nie wiem, co pan magister rozumie tutaj przez atrakcyjność, ale takie zioło „kopa” daje bez żadnych wątpliwości. Niska zawartość CBD może jednak powodować, że nie wszystkim taki „kop” będzie smakował. Badania ankietowe prowadzone w holenderskich coffeeshopach pokazały, że największym powodzeniem wcale nie cieszy się tam marihuana najsilniej kopiąca: ulubione odmiany są silne dzięki wysokiej zawartości THC, ale mają też kilka procent CBD.

Jedna dawka zalecana przez lekarza to około 0,25 g suszu.

Zdecydowanie nie! Nie istnieje jedna zalecana dawka, odpowiednia dla każdej osoby i na każdą chorobę. Rozrzut jest tu bardzo duży: niektórym może wystarczyć 0,1 grama, inni mogą potrzebować nawet ponad 1 gram dziennie.

Religia a MMJ

Pół roku temu opublikowałem wpis wyjaśniający dlaczego, moim zdaniem, księża powinni bardzo wstrzemięźliwie wypowiadać się na temat marihuany. Tu dorzucę jeszcze garść uwag związanych z tym tematem.

1.
Jakiś czas temu zasugerowałem Telewizji Trwam/Radiu Maryja audycję na temat medycznej marihuany. Było to krótko po tym, jak w długiej, ciekawej audycji w mediach tych wystąpiła Justyna Socha ze StopNOP. Myślałem, że ojcowie, idąc pod prąd oficjalnej retoryki „szczepionki to najlepsze, co może się wydarzyć naszym dzieciom”, dają sygnał, że utarte szlaki nie są dla nich obowiązujące, że są otwarci na różne punkty widzenia, jeżeli odejście od oficjalnej linii możne oznaczać dla chorych ulgę w cierpieniu. Jeśli chodzi o medyczną marihuanę, to nie są. (Kiedyś w toruńskiej rozgłośni pewna pani doktor wygłosiła o medycznej marihuanie pogadankę tyle krytyczną, co słabą merytorycznie. Gdzieś słyszałem komentarz, że pani doktor jest bliską znajomą ojca założyciela. Gdyby te dwie rzeczy miały jakikolwiek związek, to zastanawiam się, czy jest jeszcze w Polsce miejsce wolne od wpływu znajomości…)

Dziś mamy ustawę zezwalającą na medyczny użytek marihuany, ale chorzy są dokładnie w tym samym miejscu, co parę lat temu. Propozycję zorganizowania audycji o medycznej marihuanie ponowiłem przed kilkoma miesiącami, głuche milczenie było mi odpowiedzią.

2.
W 2016 gubernator stanu New Jersey (nazywający się, nomen omen, Christie) stwierdził, że nie dopuści do zaproponowanego przez stanowy parlament rozszerzenia katalogu chorób, w których wolno przepisywać medyczną marihuanę. W szczególności nie spodobał mu się pomysł, by zioło przepisywać kobietom cierpiącym na bóle menstruacyjne. Uzasadnienie? – bo „Bóg chciał, żeby tak właśnie było„. Czyli żeby niektóre kobiety bardzo bolało. I że „nie będzie zmiany boskich planów„, bo przecież to Bóg „zesłał na kobiety bóle miesiączkowe„.

Zastanawiam się, czy jak zachoruje dzieciak pana gubernatora, to czy idzie z nim do lekarza. Bo jeśli idzie, to postępuje wyjątkowo nielogicznie i obłudnie: choroba dziecka także przecież musiała być zesłana przez Boga i jakakolwiek porada lekarska jest jawną ingerencją w boski plan.

3.
Gdyby kogoś to interesowało, to z homeopatii też należy się wyspowiadać.

4.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego Kościół wypowiada się na te czy inne tematy dość mocno oddalone, wydawałoby się, od kwestii wiary, możemy znaleźć tutaj.

5.
I na koniec, bez dodatkowego komentarza, ekumeniczny dymek.

Rusza się

Jak się można było spodziewać, w sprawach medycznej marihuany się rusza. Była legalizacja – przez ponad rok platoniczna, nic z niej nie wynikało dla chorych, jednak teraz zaczyna być czymś o realnym znaczeniu (choć też nie bez potknięć – vide ostatnia telenowela pt. „Od poniedziałku w trzech aptekach”). Zaczynają się pojawiać nowe twarze, nowe instytucje, nowe zjawiska, nowi eksperci. To naturalny proces i dobrze, że tak się dzieje, bo to oznacza, że ta sfera naszego życia po prostu normalnieje. Ale… Fajnie by było, gdyby nowi eksperci się znali (czy to tylko polska specjalność: nieznający się ekspert?)

Radiowa Czwórka nadała niedawno 20-minutową audycję, która jest do wysłuchania tu.

Głos dał m. in. dr Mariusz Janikowski reprezentujący powszechnie znaną ze swojego promarihuanowego nastawienia i ze stosownej wiedzy Naczelną Radę Lekarską. O przedmiocie dyskusji wypowiedział się tak (podkreślenie moje):

…tak zwany susz marihuany medycznej, a to jest właśnie tetrahydrokannabiniol połączony z kannabinoidem i to jest właśnie ta mieszanka.

Z kolei o szkoleniu dla aptekarzy, które wkrótce ma się odbyć w Sopocie, pani Samia Al Hameri, doradca medyczny producenta marihuany („Od poniedziałku w trzech aptekach”), powiedziała tak:

Jest to pierwsze szkolenie w Polsce z zakresu medycyny konopnej, z którego jestem osobiście bardzo dumna.

Ktoś może wypowiadającej się pani zarzucić, że mija się z prawdą, bo Dorota Gudaniec zorganizowała już kilka szkoleń z tego właśnie zakresu, było ich też parę w Warszawie u doktora Jarosza. Ale nie, nie ma tu żadnego mijania się z prawdą: to będzie pierwsze szkolenie, z którego pani będzie osobiście bardzo dumna – z poprzednich osobiście bardzo dumna nie była, więc wszystko się zgadza.

No i jeszcze jedno. Szkolenia dla farmaceutów ma prowadzić organizacja (chyba dopiero co powstała, nigdy o niej przedtem nie słyszałem) o nazwie Polish Institute of Medical Cannabis (https://pimc.pl/). Na jej stronach internetowych zobaczyć możemy np. to:

Cóż, właściwie nie można im niczego zarzucić, w końcu nie napisali, że specjalizują się językiem polskim, lecz szkoleniem lekarzy i farmaceutów…

 

No, ale nie marudźmy, najważniejsze, że się rusza i że po pewnym (miejmy nadzieję, że niezbyt długim) okresie przejściowym dyskusje o medycznych zastosowaniach marihuany będą prowadzone bez wypieków na twarzy. I bez tetrahydrokannabinioli…

Zawsze coś…

Bardzo cenię p. Wojciecha Sumlińskiego za jego pracę i cieszę się, że – jak mówi – jego najnowsza książka jest bestsellerem. Na moim stosie książek-do-przeczytania-kiedyś jest jeden z jego wcześniejszych tytułów. Zachęcam do wysłuchania całego zalinkowanego tu wystąpienia.

Ale… nie ma ideałów, nawet Sumlińskiemu może zdarzyć się palnięcie babola. Niestety, w tym wypadku wyjątkowego babola. Bo oto dowiadujemy się, że

Miałbym ochotę dowiedzieć się, skąd p. Sumliński wziął tę informację, ale, z jednej strony, nie chcę mu zawracać gitary, i tak ma dość roboty z promocją książki, a z drugiej, nie mam wątpliwości, że jego źródłem jest nawiedzony były komisarz policji, który sam siebie przedstawia tak:

   – dyplomowany piwowar – certyfikat piwowara!
   – właściciel browaru domowego i sporej kolekcji birofiliów – pasjonat piwa 🙂
   – współwłaściciel winnicy domowej „La babcio”, degustator wina! 🙂

Wszystko jasne, babol usprawiedliwiony.

PS
Podaję dwa linki do moich wcześniejszych tekstów, które wydają mi się mocno a propos:
1. http://marihuanaleczy.pl/lustereczko-powiedz-przecie/
2. http://odklamywaniemarihuany.pl/wezcie-na-wstrzymanie-2/

Pani Gesslerowa jest „za” – mała uwaga

Rząd kanadyjski uznał marihuanę za legalne lekarstwo, które można kupić w aptece bez recepty (…) – mówi Gessler.

Mówi tu: https://www.se.pl/wiadomosci/gwiazdy/magda-gessler-zachwala-wlasciwosci-marihuany-trawa-jest-lepsza-od-papierosow-aa-As1R-9Co8-1vps.html

Moja mała uwaga jest taka: rząd kanadyjski uznał marihuanę za legalne lekarstwo osiemnaście lat temu. Warto o tym pamiętać. Jak również o tym, że Kanadyjczykom wolno uprawiać parę krzaczków na własne, potwierdzone przez lekarza, medyczne potrzeby.

Robię te uwagi, żeby ktoś przypadkiem nie pomyślał, że skoro u nich jest legalna i u nas jest legalna, to mamy tak samo jak w Kanadzie.

Naprawdę powszechna?

Taki fragment z portalu Rynek Zdrowia (wytłuszczenie moje):

„Eksperci wskazują, że wbrew powszechnej opinii nowe substancje psychoaktywne – tzw. dopalacze – w wielu przypadkach są znacznie bardziej niebezpiecznie niż „tradycyjne” narkotyki, zwłaszcza jeśli chodzi o leczenie zatrutych nimi pacjentów”.

Ciekawi mnie, gdzie autor tego tekstu przykłada ucho, żeby posłuchać powszechnej opinii, bo ta, z którą stykam się ja, od dawna wie, że szkodliwość substancji psychoaktywnych bierze się głównie z zanieczyszczeń znajdujących się w produktach oferowanych przez nielegalny rynek i z niehigienicznych warunków zażywania. Czysta marihuana czy heroina nie stanowi niebezpieczeństwa, w odróżnieniu od coraz to nowszych, uciekających przed kolejnymi nowelizacjami Uopn dopalaczy. (Oczywiście, czysta czy nie, jest u nas zakazana, więc nie namawiam.)

Wspominamy profesora

Ponad rok temu Facebookowy profil „MM – Medyczna Marihuana” pożegnał prof. Jerzego Vetulaniego. To znaczy… jakiego tam profesora Vetulaniego: pożegnał Jurka, swojego sojusznika w walce z „dyktaturą nieetycznych biznesików„.

 

Kto macza brudne paluchy w dyktaturze? No jak to: kto? – „Ziembianie i Gudańce” przecież.

 

Tak, profesor Vetulani to był bardzo fajny człowiek… Niestety, miał jedną wadę: czasami zadawał się z nieodpowiednimi osobami…

Weźcie na wstrzymanie (3)

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami zamieściłem na tym blogu dwa teksty pod tytułem „Weźcie na wstrzymanie” traktujące o tym, kto, moim zdaniem, powinien szczególnie wstrzemięźliwie wypowiadać się na temat marihuany i dlaczego tak uważam. (Dla młodszych czytelników oraz dla archeologów linki do tych tekstów: pierwszy, drugi.) W tamtych dawnych czasach zapowiedziałem, że będzie tekst trzeci mówiący o jeszcze jednej grupie zawodowej, której zdecydowanie zalecałbym wstrzemięźliwość. Z różnych względów długo to trwało, ale jednak się wywiązuję. Na cenzurowanym są tym razem duchowni.

Jak każdy inny obywatel, ksiądz ma prawo wypowiadać się publicznie na dowolny temat. Rzecz w tym, że z racji roli, jaką religia pełni w życiu wielu Polaków, wypowiedzi księży automatycznie nabierają wagi większej niż wypowiedzi przedstawicieli większości innych zawodów. Niektórzy do tego, co mówią księża, mogą wręcz podchodzić bezkrytycznie („skoro dobrodziej tak mówi, to tak musi być”).

Niestety, kwestie narkotyków (w tym alkoholu i marihuany) są bardziej złożone niż prosty podział na dobro i zło, i wypowiadanie się na ich temat wymaga pewnej wiedzy. Księża zwykle tej wiedzy nie mają, więc raczej powinni się tej tematyki wystrzegać, bo ich wypowiedzi mogą – wbrew intencjom mówiącego – przynieść więcej szkody niż pożytku.

Zacznę z grubej rury. Na temat marihuany wypowiedział się jego świątobliwość. W następujących słowach: Legalizacja tzw. miękkich narkotyków, nawet częściowa, nie tylko jest co najmniej wątpliwa na płaszczyźnie prawnej, ale też nie przynosi spodziewanych efektów. Nie wiem, jakich efektów oczekiwał papież i skąd wie, że ich nie ma, bo wystąpienie nie wyszło poza ogólniki (przynajmniej te jego fragmenty, które opublikowała Wyborcza. Jestem jednak dziwnie przekonany, że Franciszek-bez-numeru żadnych statystyk nie podał. Walnął natomiast mocno merytorycznym argumentem, że narkotyki są złem, a wobec zła nie ma kompromisów (mam nadzieję, że ta zasada dotyczy także np. pedofilów), a także że Stosowanie substytutów narkotyków nie stanowi leczenia zastępczego, lecz jest ukrytym poddaniem się w obliczu problemu (ciekawe, czy pan Franciszek słyszał kiedykolwiek o metadonie). Recepta? Najprostsza na świecie: „Nie” dla jakiegokolwiek typu narkotyków. Po prostu. „Nie” dla jakiegokolwiek typu narkotyków. Ale mówiąc „nie”, trzeba powiedzieć „tak” dla życia, „tak” dla miłości, „tak” dla innych, „tak” dla edukacji, „tak” dla pracy, „tak” dla większych możliwości pracy. Jakie pozytywne rozwiązanie wszystkich problemów… Czy widać już, dlaczego moim zdaniem księża jednak o marihuanie nie powinni mówić? To nie jest temat bla-bla, tu trzeba używać konkretów. (Bardzo proszę nie wypominać mi Wyborczej, Fronda mówi to samo: To niezwykle ważny i potrzebny dziś głos, który ujawnia zakłamanie zwolenników używek. Otóż nie, proszę Frondy, to ujawnia jedynie opinię pana papieża i otaczających go niefachowców.) Gotów jestem założyć się o moje świadectwo chrztu, że swoje zdanie o marihuanie papież i jego doradcy bardziej opierają na katechizmie niż na wynikach badań naukowych. Nie mam nic przeciw katechizmowi, ale – z tego, co pamiętam – o marihuanie było tam mało.

Kolejny głos specjalisty: Marihuana to nie to samo co papierosy i alkohol. Ona odkształca świadomość. No, ten to zapewne przeczytał kilka podręczników farmakologii i psychologii. Niestety, rozczarowanie: wiedza jego opiera się (przynajmniej takie źródła podaje Fronda) na tym, co mówił święty Paweł (jednak było to długo przed wejściem w życie Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii) oraz co zawarte jest w Mądrości Syracha (przepraszam, nawet nie sprawdzę, czy można to znaleźć w PubMedzie). A, przepraszam, jest jeszcze jedno źródło wiedzy ojca o marihuanie: zdobył ją „w swojej wieloletniej pracy z ludźmi uzależnionymi od adrenaliny sportów ekstremalnych, pornografii czy mediów”. No po prostu fachura. A żeby mu nikt nie rzucił w twarz żadnej przeszłej bibki, na wszelki wypadek mówi: Kieliszek wina czy wódki nie jest grzechem, ale celowa utrata świadomości – tak. W paleniu marihuany nie ma stanów pośrednich, np. lekkiego odprężenia. Tu chodzi o „znieczulenie się”. No, swą głęboką mądrością fachowca od grzesznych sportów ekstremalnych w trymiga spenetrował umysły wszystkich jarających na umór (bo inaczej przecież się nie da).

Czy palenie marihuany to grzech? Pan w białym habicie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale odwołuje się do inteligencji słuchających: kilku gości, którzy wpadli w ciężkie narkotyki zaczynali od marihuany, więc wicie-rozumicie. Niejednoznaczności nie ma natomiast w wypowiedziach centrali: nowa lista grzechów sporządzona przez watykańską Penitencjarię Apostolską zdecydowanie wymienia „Branie narkotyków i handel nimi” wśród czynności, z których należy się wyspowiadać. (Nie wiem co prawda, czy w przepisach wykonawczych podano definicję narkotyku, ale jestem dziwnie spokojny, że marihuana by ją spełniała.)

Dla kanadyjskich biskupów grzeszność (lub nie) marihuany nie jest czystą teorią (jak, na ten przykład, liczba diabłów na końcu szpilki): wobec rozpoczętego przez rząd Justina Trudeau procesu legalizacji zioła, wkrótce trzeba będzie rzeszom wiernych zacząć zadawać pokutę za palenie. (No, chyba że palą dla zdrowotności, bo wtedy grzechu nie ma.) Uzasadnienie, dlaczego palenie marychy jest grzeszne, jest takie, że jest to „uderzenie w cnotę umiarkowania”. Nie wiem na razie, co się dzieje w przypadku grzeszników, którzy palą umiarkowanie.

O tym, że hierarchom naprawdę jest nie po drodze z marihuaną ostatecznie przekonała mnie informacja, że w prowadzonej w 2016 roku dyskusji na temat legalizacji zioła w stanie Massachusetts Archidiecezja Bostońska przeznaczyła na wsparcie kampanii przeciwników tego pomysłu aż 850 tysięcy dolarów. Taka hojność została wytłumaczona obroną zagrożonych kościelnych programów prozdrowotnych i społecznych. (Ostatecznie mieszkańcy zagłosowali nie po myśli archidiecezji, co oznacza, że forsa przepadła, a programy są zagrożone…)

 

Oczywiście, i ze strony duchownych padają głosy rozsądne. Arcybiskup Muszyński oraz ksiądz Sowa, indagowani przez portal Cannabis News wypowiedzieli się za dopuszczeniem medycznych zastosowań marihuany, o ile będzie wykazana ich skuteczność. Niby oczywista oczywistość, ale chwała im za to, że ją dostrzegają, bo nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. (Na przykład chyba wciąż nie widać tego w Ministerstwie Zdrowia.) Ten sam portal zapytał o marihuanę pewnego znanego z mediów zakonnika (też w białym habicie), który w medycznym stosowaniu nie widzi problemu. Ale wszyscy powyżsi to są mówiący ogólnikami księża „niewyspecjalizowani”. (Zakonnik na przykład pokazał nieznajomość tematu, mówiąc: Nie można powiedzieć ludziom: „nie, nie ma problemu, możecie się sztachnąć 5 razy w tygodniu” – jakiś odsetek z nich to zabije, po prostu. Także wprowadzi ich w spiralę narkomanii, bo branie narkotyków jest zjawiskiem rozciągłym.) No to posłuchajmy, co ma do powiedzenia kościelny specjalista, osoba „zajmująca się w Kościele od wielu lat tematyką uzależnień i będąca jednocześnie duszpasterzem młodzieży”. Nie przytoczę cytatów, bo ręce opadają.

Znalazłem jeszcze jeden głos księdza na temat marihuany. Wypowiedział się p. Jacek Międlar. Nie wiem, czy wówczas był jeszcze księdzem, ale nie ma to w sumie znaczenia, bo nie mówił „od strony doktryny katolickiej” – czyli mówił od siebie. Przedstawił pogląd „medyczna tak, ale dla radochy to już nie„, oparty na mieszance prawd prawdziwych prawdziwie i tych prawdziwych inaczej. Ale wysunął bardzo ciekawą propozycję, która zasługuje na poważną analizę (choć na pewno nie dokona jej obecna marihuanofobiczna grupa nami rządząca): proponuje on, by na 2-3-4 lata, a może nawet na 10 lat, wprowadzić eksperymentalnie dekryminalizację posiadania i uprawy marihuany. Gdyby eksperyment się powiódł, gdyby – jak o tym zapewniają zwolennicy liberalnego podejścia – zaobserwowano spadek niekorzystnych zjawisk związanych z narkomanią, można by było depenalizację przyjąć na stałe, a w jakiejś perspektywie czasowej być może pomyśleć o depenalizacji. Nawet jeśli mówił to jeszcze jako ksiądz, to na pewno nie był to typowy głos Kościoła: nietypowość polega na tym, że p. Międlar używał argumentów…

Ciekawego porównania marihuany i alkoholu dokonał pewien duchowny. Podejrzewam, że po pracy nie stroni od tego drugiego. Bo oto dowiedzieliśmy się, że alkohol spożywa się ze względów smakowych, używa się go do celów zdrowotnych, a także ważny jest element wspólnototwórczy („wznieśmy kielichy”). Wyższość alkoholu jest niepodważalna, zresztą o czym tu mówić, skoro sam Pan Jezus pijał alkohol, papież też do obiadu sobie golnie. Ponadto od alkoholu człowiek się nie uzależni, a w każdym razie nie po jednym razie. Kończ waść, wstydu oszczędź.

W konkluzji powtórzę: ksiądz też człowiek i obywatel, ma prawo mieć swoje zdanie. Ale powinien zdawać sobie sprawę, że z przyczyn pozamerytorycznych jego słowa mogą być przyjmowane z większą – nomen omen – wiarą niż słowa innych ludzi. Dlatego powinni wypowiadać się z wielką ostrożnością. Nie tylko na temat marihuany, rzecz jasna.

Ustawa… Liroya?!

Poniższy tekst umieściłem jako komentarz pod pewnym artykułem prasowym, ale wydaje mi się on na tyle ważny, że dla zwiększenia widoczności pozwalam sobie powtórzyć go tutaj. Chodzi o artykuł „Ustawa Liroya utrudniła dostęp do marihuany„.

Pani Karolino (zwracam się do autorki artykułu): uchwalona przez Sejm ustawa nie jest „ustawą Liroya”. NIE JEST.

Liroy starał się przeforsować zupełnie inny projekt, stworzony przez prawnika Jędrzeja Sadowskiego i grupę promarihuanowych aktywistów. Projekt spójny, samonapędzający się jeśli chodzi o bazę wiedzy, bezpieczny dla państwa i, przede wszystkim, przyjazny pacjentowi. Jego założenia można znaleźć tutaj.

To, co zostało uchwalone W NICZYM nie przypomina projektu naszego, społecznego. Pisałem o tym na moim blogu, np. w tym wpisie. Bardzo proszę, nie nazywajmy tego (jak go określa Dorota Gudaniec) kadłubkowego prawa „ustawą Liroya”.