Zero ściemy

Właśnie obejrzałem film z rozważaniami o medycznej marihuanie. Film jak tyle innych, z różnymi tezami można polemizować, ale gdybym chciał polemiką reagować na każdy taki film, tobym się zapolemizował na śmierć. Jednak w tym wypadku zdecydowałem się napisać parę słów, bo materiał pojawił się na Kanale Zero, o którym ostatnio było dość głośno.

O marihuanie wypowiada się lekarz wykształcony przez nasz system akademicki (cóż, innych lekarzy nie mamy…) I to akademickie wykształcenie w jego wypowiedziach wyraźnie słychać, bo wciąż pojawia się echo tego, co przez 6 lat pracowicie wbijano mu do głowy: „EBM, całe EBM i nic poza EBM” [EBM = medycyna oparta na dowodach]. Jak wszyscy pozostali lekarze został przekonany (a przynajmniej był usilnie przekonywany), że ewentualne właściwości lecznicze różnych substancji biorą się z opublikowanych badań naukowych. Czyli: jeżeli nie ma badań, to nie zadziała. Mogło działać przez setki, nawet przez tysiące lat, ale teraz są nowe wytyczne i bez badań nie działa. Przykład dotyczący korzystnego wpływu CBD na chorych: „…no niestety, wiele z tych rzeczy nie udało się jak do tej pory potwierdzić w badaniach (4:33)” A jeżeli u kogoś zadziałało? To jest ofiarą internetu (w którym można powiedzieć wszystko), a jego poprawa to najpewniej efekt placebo, czyli polepszenie zdecydowanie mniej wartościowe.

I choć pan doktor wydaje się mieć otwarty umysł i nawet przyznaje się do wypisywania recept na zioło, to jednak nie ulega dla niego wątpliwości, że to, co pochodzi z laboratorium (a właściwie z hali fabrycznej), na głowę bije to, co z ziemi. Bo popatrzmy np. na przeciwwymiotne właściwości marihuany, które w onkologii powinny być wykorzystywane masowo, a nie są. Dlaczego? „Bo w tej chwili mamy kilka leków przeciwwymiotnych, które łączone razem pozwalają przejść chemioterapię bez wymiotów, a czasami nawet bez nudności (12:25)”. Hura! Jest produkt chemiczny, nie ma uzasadnienia dla stosowania środków naturalnych!

Do tych entuzjastów marihuany, do których nie dociera argument braku badań, może mogłaby dotrzeć prosta obserwacja. Spróbujmy: „…te osoby, którym niestety dane było zobaczyć, jak wygląda oddział onkologii, no to nie widzieliście, żeby one wyglądały jak Jamajka, że wszyscy siedzą i… fff…” [= palą skręty] (12:36)”. No nie, faktycznie szpitale tak nie wyglądają. Przynajmniej w Polsce, bo już np. w wielu szpitalach w Izraelu (docelowo prawdopodobnie we wszystkich) chorzy mają do dyspozycji specjalne sale, moglibyśmy nazwać je palarniami czy „waporyzatorniami”, w których chorzy ze stosownym zaleceniem lekarskim mogą wziewnie zażywać marihuanę nie przeszkadzając innym chorym. A te sale, owszem mogą kojarzyć się z Jamajką.

Nie za bardzo chcę komentować inne fragmenty wypowiedzi, mógłbym narazić się na etykietkę czepialskiego. Ale jednego komentarza sobie nie odmówię – będzie trochę złośliwie, bo chodzi o specjalność mówcy. Otóż powiedział on… właściwie nie, on nie powiedział, on obalił mit, że „z perspektywy zagrożenia nowotworem, np. rakiem płuc, nie ma tutaj różnicy, czy my palimy tytoń, czy palimy marihuanę (9:08)”. Szanowny Panie Onkologu, najwyraźniej nie słyszał Pan o przełomowym, bardzo głośnym w świecie medycyny konopnej badaniu amerykańskim*, które na dużej (zdecydowanie statystycznie istotnej) próbie pokazało, że u osób palących marihuanę prawdopodobieństwo zachorowania na raka (analizowano raka głowy i szyi oraz raka płuc) jest niższe nie tylko w porównaniu z palaczami papierosów, co wydaje się oczywiste, ale także w porównaniu z osobami niepalącymi niczego. Wyjaśnienie tego nielogicznego –na pierwszy rzut oka– zjawiska jest dość proste: jest ono powodowane antynowotworowymi właściwościami zawartych w marihuanowym dymie substancji, w tym głównie kannabinoidów.

I jeszcze na koniec kwestia receptomatów. Tu zgadzam się z opinią, że nie jest to rozwiązanie idealne, że stwarza spory margines do nadużyć. Ale z drugiej strony ma też co najmniej dwa plusy dodatnie. Pierwszy: dostęp do medycznej marihuany zyskują chorzy, którym ich lekarz recepty nie wystawi – bo nie będzie wspierał narkomanii, bo uważa, że nie ma wystarczającej wiedzy, bo nie chce narażać się na komentarze izby lekarskiej czy kolegów. Drugi: dostęp do sprawdzonej jakości zioła. Co prawda tylko dla osób, które na to stać, no ale tak właśnie urządzony jest nasz świat. Czy to już jest legalizacja, o której dobrych stronach pisałem w książce „Legalizacja? – jestem za„? Bohater mojego wpisu uważa, że tak: „Jeżeli to nie jest legalizacja, to ja nie wiem, co jest legalizacją (27:44)”. To ja Panu Doktorowi powiem: legalizacja jest wtedy, gdy nie ciąga się przed sąd, a w konsekwencji nie wymierza grzywny ani tym bardziej nie wsadza się do więzienia ludzi, których przewiną jest to, że mieli odrobinę marihuanowego suszu na dnie kieszeni.

———
* Mia Hashibe i in. „Marijuana Use and the Risk of Lung and Upper Aerodigestive Tract Cancers: Results of a Population-Based Case-Control Study”, Cancer Epidemiology, Biomarkers & Prevention Vol. 15/10 [2006] https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/17035389/

Rozmowa konopna nr 2

Prawie dokładnie rok temu porozmawiałem sobie z Tomaszem Ołubczyńskim. Rozmowa została upubliczniona (za moją zgodą, nie tak jak np. słynne rozmowy u Sowy…) Kim jest Tomasz i co to była za rozmowa, napisałem tu: https://marihuanaleczy.pl/raz-dwa-trzy-2/.

No i jest nowa Sowa. To znaczy, chciałem napisać: jest nowa rozmowa. Też z Tomaszem, też (za moją zgodą) opublikowana, też o legalności marihuany. Nie będę zdradzał więcej szczegółów, kto jest nimi zainteresowany, niech kliknie tu: https://rozmowykonopne.pl/034-legalizacja-jestem-za-ksiazka-bogdan-jot/ i wszystko się mu wyjaśni….

Dwie recenzje

Moje książki rzadko są recenzowane, więc każde publiczne omówienie którejś z nich jest dla mnie pewnym wydarzeniem. Oczywiście nie takim, które by zmieniało bieg mojego życia, ale jednak…

Zrządził przypadek, że ostatnio w odstępie dosłownie paru dni natknąłem się na dwie recenzje. Taka podwójna dawka spowodowała, że zdecydowałem się pochwalić publicznie, a co tam… Zwłaszcza że (nieznani mi) autorzy obu tych tekstów o książkach wypowiadają się dość pochlebnie. No to, na koniec sezonu ogórkowego, poniżej oba linki:
– „Odkłamywanie marihuany”: https://nowowydane.pl/odklamywanie-marihuany-bogdan-jot/;
– „Kannabidiol leczy”: http://grzegorzdeuter.pl/ksiazka-kannabidiol-leczy-bogdan-jot/.

Premier dał głos

Premier Morawiecki wypowiedział się na temat legalizacji marihuany. Wypowiedział się negatywnie. Zaskoczeni…?

Nie będę komentował całości tej wypowiedzi, musiałbym powtórzyć komentarze już zamieszczone na co najmniej 2 portalach tematycznych. Oto linki (tam można także posłuchać oryginału):
https://420polska.pl/morawiecki-o-legalizacji-marihuany-rekreacyjnej/
https://www.weednews.pl/premier-mateusz-morawiecki-sprzeciwia-sie-legalizacji-marihuany-gdyz-nie-posiada-na-jej-temat-podstawowej-wiedzy/

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden wątek panapremierowej wypowiedzi, który został pominięty przez cytowanych wyżej komentatorów. Otóż p. Morawiecki, zapytany o nielegalność marihuany w kontekście legalności alkoholu powiedział:

(…) jest jednak różnica między alkoholem a narkotykami. (…) to, co nie jest zabronione, jest dozwolone. Jesteśmy społeczeństwem wolnym, jesteśmy społeczeństwem odpowiedzialnych ludzi i dlatego tego typu ograniczeń nie zamierzamy [wprowadzać].

Nie wiem, czy w czasie studiów na kilku uczelniach p. Morawiecki brał logikę, a jeśli tak, to jakie miał oceny. Przedstawiona wyżej wypowiedź każe sugerować, że albo nie brał, albo szło mu kiepsko. Bo cóż nam powiedział pan premier? Powiedział nam, że jeśli chodzi o marihuanę, to nie można jej zalegalizować, bo może powodować tragedie. (Co prawda nie bezpośrednio, a jedynie prowadząc niektórych użytkowników do zażywania twardych narkotyków – ale jednak). Natomiast wobec alkoholu, choć pan premier owszem, zgadza się, że powoduje on u rodaków mnóstwo szkód, otóż wobec alkoholu Polacy są ludźmi wolnymi i nie ma powodu im tej wolności ograniczać. Czyli: w przypadku alkoholu rodacy odpowiedzialni są i dlatego alkohol jest dostępny na każdym kroku, zaś w przypadku marihuany odpowiedzialni nie są i trzeba ich mocno trzymać za mordę. No i jeszcze to: „co nie jest zabronione, jest dozwolone„. Wniosek: alkohol nie jest zły, bo jest legalny, marihuana zła jest, bo jest nielegalna. Według mnie jest dokładnie na odwrót: nie że złe jest coś, co jest zakazane, lecz że zakazane powinno być coś, co jest złe. Ale co ja się tam znam, ja na studiach logiki nie brałem…

PS

Napisałem do pana Morawieckiego (kontakt@kprm.gov.pl) wiadomość. Nic osobistego, więc poniżej publikuję jej treść:

Szanowny Panie Premierze!

Wysłuchałem Pańskiej wypowiedzi na temat legalności marihuany (rozmowa na kanale Przygody Przedsiębiorców). Powiedział Pan m. in. „…musiałbym być długo przekonywany, żeby się zgodzić na coś takiego, ponieważ uważam, że miękkie narkotyki też są groźne. Widziałem statystyki z innych krajów, z Holandii, z Belgii, które pokazują, że jednak miękkie narkotyki też prowadzą do twardszych narkotyków„.

Cóż, nie wiem, jakie Pan statystyki widział, bo te, które znam ja, mówią coś zupełnie innego. Ale zostawmy statystyki, popatrzmy na sprawę inaczej: chyba zgodzi się Pan ze mną, że Holendrzy są społeczeństwem rozsądnym, pragmatycznym. Panująca w Holandii swoboda w podejściu do niewielkich ilości marihuany na własny użytek trwa od 1976 roku – ponad ćwierć wieku! W tym okresie wybory parlamentarne odbyły się tam ponad 10 razy i gdyby większość rozsądnego i pragmatycznego społeczeństwa stwierdziła, że takie tolerancyjne podejście się nie sprawdziło, już dawno któreś kolejne wybory wygrałaby partia mająca na swoich sztandarach hasła antymarihuanowe. (Myśli Pan, że wśród tylu różnych spraw kwestia marihuany nie jest dla ludzi istotna? Jest! Zalegalizowanie marihuany w Kanadzie było jedną z głównych obietnic wyborczych partii Justina Trudeau. Wybory te, jak Pan wie, Trudeau wygrał, a legalizacyjnej obietnicy dotrzymał).

Panie Premierze, nie wiem, czy Pańskie wypowiedzi „na nie” wynikają z Pańskich przekonań, czy może w grę wchodzą tu inne kwestie. Tak czy tak pozwalam sobie wyrazić opinię, że marihuana jako taka nie jest ani dobra, ani zła – kryterium oceny powinno stanowić porównanie społecznych skutków jej legalności i nielegalności. I powiem Panu (co może Pana zdziwi), że legalność marihuany wiąże się z szeregiem bardzo konkretnych, mierzalnych korzyści społecznych. Tak, korzyści. Opisałem je w książce „Legalizacja? – jestem za. Dlaczego legalność marihuany jest dla społeczeństwa lepsza niż prohibicja„. Chciał Pan być przekonywany? – bardzo proszę o sygnał, chętnie sprawię, by Panu wysłano egzemplarz tej książki. Znajduje się w niej szereg oficjalnych danych statystycznych pochodzących z Holandii i Kanady, ale nie tylko, bo liberalne podejście do marihuany mają w swoich systemach prawnych także np. Urugwajczycy i mieszkańcy kilkunastu stanów USA.

Z poważaniem
Bogdan Jot

Tak sobie napisałem, ale mocno podejrzewam, że odpowiedź będzie dokładnie taka, jaką otrzymałem od 2 posłów, do których się kiedyś zwróciłem. O, tego i tego. „Dokładnie taka” – czyli żadna.

To może… film?

Facebook przypomniał mi dzisiaj, że 2 lata temu książka o legalizacji poleciała do drukarni. (Ta książka: http://odklamywaniemarihuany.pl/ksiazki/).

Myślę, że fajnym sposobem uczczenia tej okrągłej rocznicy może być film. Chętnych zapraszam gorąco (lipiec…!) do obejrzenia filmu szczególnego. To Reefer madness – a dlaczego jest on szczególny, o tym opowiadam w krótkim wprowadzeniu, które wgrałem na początku. Film ma polskie napisy (gdyby dla kogoś były niewyraźne, sugeruję zwiększenie rozdzielczości w ustawieniach YT):

Terapeuci – cd.

Natknąłem się w Sieci na pewną rozmowę. YouTube pokazuje taki oto opis tego filmu (autorem opisu jest, jak sądzę, sam właściciel kanału): „Marihuana może uzależnić i nawet najlepszy raper tego nie zmieni”. A pod filmem mamy opis nieco obszerniejszy: „Demonizowanie marihuany nie ma sensu, a karanie za posiadanie trawki na własny użytek to nonsens. Ale marihuana może uzależnić i nawet najlepszy raper tego nie zmieni – mówi Maria Banaszak, psychoterapeutka uzależnień”. O marihuanie jest w tej rozmowie mało, raptem parę minut, a powyższych słów w rozmowie nie ma (widocznie pani rozmówczyni wypowiedziała je przed rozmową lub może po niej), no, ale cóż tam, to są nieistotne szczegóły: w końcu antymarychułanowość $przedaje…

Moje zdanie na temat „Narkotykowi terapeuci a marihuana” (wyrażone tutaj) pozostaje aktualne. Tę konkretną wypowiedź tej konkretnej terapeutki uważam za dosyć rozsądną, ale… jedynie „dosyć”. Bo oto w rozmowie dochodzimy do rozważań na temat marihuany i nagle dowiadujemy się, że problemy (które przychodzą po bardzo długim czasie palenia) bywają gorsze niż problemy z heroiną, pojawiające się „po 1 czy 2 zażyciach. Czy trzech”. Czyli: możesz palić marychę 15 lat i nic (w sensie: nic), ale to i tak może być gorsze niż wzięcie 3 szpryc heroiny. Dlaczego? Bo po 3 szprycach terapeuta wie, jaki jest twój problem, a po 15 latach twojego palenia marychy może mieć wątpliwości. Palisz długo bez żadnych problemów, ale przecież jakiś problem musiałeś wypracować. (No, musiałeś, bo przecież zażywasz narkotyk…) Stąd wniosek praktyczny: dla wygody terapeuty zostań heroinistą. Dla terapeuty, ale także dla samego siebie: pani terapeutka bardzo realistycznie przedstawiła, z jakimi problemami możesz mieć do czynienia jako palacz marychułany. Dla znawców tematu to nic nowego, wręcz odgrzewane kotlety, ale nie wszyscy są znawcami: więc oczywiście syndrom amotywacyjny (nic ci się nie będzie chciało robić – choć zapewne po to zapaliłeś, żeby się zrelaksować i nic nie robić), więc oczywiście problemy z pamięcią krótkotrwałą (jeżeli źle ci z twoim uzależnieniem i podjąłeś stanowczą decyzję, to i tak zapomnisz, żeś chciał tę cholerną marihuanę wreszcie rzucić…) itp. Mój główny zarzut (przyznaję: też odgrzewany kotlet) jest taki: pani terapeutka trzyma w rękach duży worek, na którym jest wyraźna nalepka „narkotyki” i rozmawiający wrzucają do niego wszystkie możliwe substancje. „Marihuana jest po prostu narkotykiem” – u mnie takie stwierdzenie od razu zapala czerwoną lampkę ostrzegawczą i każe z dużym dystansem podchodzić do osoby je wypowiadającej. Na plus rozmówców: do dużego worka wrzucają również alkohol (!) oraz legalne farmaceutyki (!). Po wysłuchaniu rozmowy może się jednak nasuwać wniosek, że wszystkie substancje w worze (czyli „narkotyki”) są tak samo złe. Z czym ja całkowicie się nie zgadzam…
PS.
Pani terapeutka sama jest uzależniona. Uzależniona mianowicie od słowa jakby. Jeżeli ktoś (jak ja) ma na to słowo alergię, to niech się czuje przeze mnie ostrzeżony: pojawia się ono w co drugim zdaniu, a często (oj, bardzo często…) więcej niż 1 raz w zdaniu. (Wzruszyła mnie wypowiedź „Po wielu latach badań napisałam jakby doktorat”…. Ale z drugiej strony wdzięczny jestem za krótką a treściwą diagnozę: „Ja sama pracuję jakby w służbie zdrowia„)…

KanabaFest 2022 – Gdańsk

Impreza odbyła się w ubiegły weekend. Były targi, były warsztaty, były wykłady. Dużo wykładów, od rana do popołudnia. Program obu dni jest tutaj.

Wszystkie wykłady zostały nagrane. Wykładów sobotnich można posłuchać tu. Mój skromny wkład w imprezę („Analiza wybranych badań naukowych weryfikujących popularne mity na temat marihuany„) zaczyna się o 2:39:30. (Wtulam się w kołnierz swetra, bo w sali było wtedy nieco chłodno 🙂 ).

Na wykłady niedzielne zapraszam tu.

Cisza

[O co tu chodzi? – patrz poprzedni wpis ↓]

No więc nie, kolejny poseł nie zniżył się, żeby odpowiedzieć suwerenowi, czyli tej bezkształtnej masie, która po odrobince składa się na opłacenie jego (niemałej) poselskiej diety i jego (niemałych) kosztów poselskiego biura, a także na wyrównanie mu strat po wprowadzeniu (jakże polskiego) Polskiego Ładu. Bo posłowie, w odróżnieniu od mniej wartościowej części narodu, nie mogą przecież być karani za nieudolność rządu.

Brakiem odpowiedzi nie czuję się specjalnie rozczarowany, zbytnio na nią nie liczyłem, choć… nie ukrywam, że chętnie przekonałbym się osobiście, że istnieją w naturze posłowie, którzy nie mają w dupie obywateli. No, może jeszcze kiedyś…

Zastanawiam się nad przyczynami takiej a nie innej odpowiedzi posła Kowalskiego (Janusza Kowalskiego, bo gdyby chodziło o posła Macieja Kowalskiego, to sytuacja zapewne wyglądałaby inaczej). Po krótkiej analizie widzę co najmniej 3 możliwości, a każda z nich jest równie prawdopodobna:

– pan poseł nie przeczytał mojej wiadomości, bo korespondencję z suwerenem zostawia asystentom, którzy uznali, że temat jest zbyt duperelny, żeby zawracać poselską głowę;

– pana posła nie interesuje merytoryczna dyskusja, do której zapraszałem. Dlaczego? Dlatego, że faktycznym jego celem nie jest ustalenie, jak jest naprawdę, lecz uzyskanie konkretnych zysków politycznych, które często (zdecydowanie zbyt często) rozjeżdżają się z prawdą;

– pan poseł ma mnie gdzieś, bo mój wkład w jego poselski budżet nie zależy ode mnie, lecz jest ze mnie ściągany przemocą państwa.

Smutne, ale… cóż mogę zrobić. Nawet nie mogę nie zagłosować na posła Kowalskiego (Janusza) w przyszłych wyborach, bo to nie mój okręg…