Oświadczenie Cannabis House

W wymianie korespondencji, jaka miała miejsce po opublikowaniu moich ostatnich 3 wpisów na tym blogu, zobowiązałem się do zamieszczenia tutaj odpowiedzi Stowarzyszenia. Właśnie ją dostałem, więc się wywiązuję:

Centrala Cannabis House Łódź, dn. 12-05-2016r

Do p. Bogdana Jot,
właściciela strony „odklamywaniemarihuany.pl”

OŚWIADCZENIE

W odniesieniu do Pana słów, pragniemy poinformować zarówno Pana, jak i wszystkich zainteresowanych, ze eksperyment jako przedsięwzięcie naukowe uzależnione jest w takim samym stopniu od grupy badającej, grupy badanej i projektu badawczego.

Używając stwierdzenia, ze eksperyment wystartował, nasi przedstawiciele mieli na myśli przede wszystkim poziom zaawansowania pracy z perspektywy grupy badającej i projektu.

Niejednokrotnie apelowaliśmy do chętnych na wzięcie udziału w eksperymencie o skoncentrowaniu się na dopełnieniu wszystkich formalności, ponieważ bez określonej liczby zdefiniowanych stosujących, nie możemy pchnąć naszych działań naprzód.

W celu zasięgnięcia szczegółowych informacji od strony ściśle formalnej (opiniowanie policji, WIF i GIF), polecamy kontakt z naszym działem prawnym, prowadzonym przez p. Jędrzeja Sadowskiego: jedrzej@bioinfo.pl

P.S. Potwierdzamy, że nasz były rzecznik niewłaściwie sformułował myśl, co mogło stworzyć dodatkowe wątpliwości.

Cóż, ten tekst moje wątpliwości nie bardzo rozwiewa. Na przykład: w swoim wykładzie główny konsultant mówił, po ile konkretnie CH skupuje zioło lepszego i gorszego sortu. Czy skupili już choćby 1 gram? Powiedział też główny konsultant, że CH ma w komisji bioetycznej dr. Jarosza. Nie zrobię tego, ale gdybym o to zapytał zainteresowanego, to mogłoby się okazać, że w ogóle nie słyszał on o istnieniu CH.

No, ale nie będę dłużej ciągnął wątku poświęconego wątpliwościom, bo mogłoby powstać wrażenie, że jestem jakoś szczególnie wrogo nastawiony do inicjatywy CH.

Cannabis House (2)

Od pewnego czasu głośno jest w Polsce o projekcie Cannabis House. Słyszałem, że nie jest to pomysł nowy, kilka lat temu miał być realizowany podobny, zdaje się, że zupełnie nie wypalił i – mówiąc bardzo oględnie – nie wszyscy byli w końcowym rezultacie zadowoleni. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Niekoniecznie musi chodzić o powtórzenie dawnych błędów, wręcz przeciwnie, równie dobrze może to być Cannabis House 2.0, poprawiony i udoskonalony.

Kilka razy pytano mnie, co sądzę o nowej odsłonie projektu. Wymigiwałem się od odpowiedzi, głównie dlatego, że nie znałem szczegółów. Pomysł jako taki jest moim zdaniem świetny: nadmiernie opresyjny system pokonać przy pomocy narzędzi zawartych w nim samym. A przy okazji z tych badań naprawdę można by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Ponieważ nie zamierzałem się zapisać, nie szukałem dokładniejszych informacji. Ale informacje i tak same się przesączają. I choć generalnie pomysłowi kibicuję i myślę, że bardzo byłoby fajnie, gdyby się powiódł, to nie wszystko mi się tam podoba. Poniżej napiszę, co konkretnie. Mam nadzieję, że Stowarzyszenie Cannabis House odpowiednio oceni moje intencje: gdybym to ja realizował taki projekt, zdecydowanie chciałbym wiedzieć, jak postrzega go ktoś z zewnątrz, bo to daje świeżość spojrzenia i pozwala dostrzec rzeczy, których nie widać od środka.

Nie bardzo podoba mi się, na przykład, taka kolejność: najpierw zbierzemy deklaracje (i składki), a potem, inszallah, zdobędziemy wszystkie pozwolenia. Nie wiem, może tak właśnie się robi w takich przypadkach, ale ja dla większej przejrzystości pewnie starałbym się kolejność tę odwrócić.

Weźmy teraz tę wypowiedź (od 1:58): „Eksperyment już wystartował”. Wniosek: program działa na 100%, hurrra! Dalsza część wypowiedzi gubi się lekko w powszechnych wiwatach: „…już wystartowały badania grupy kontrolnej, osób niepalących”. Nie wszyscy w euforii muszą sobie zdać w tym momencie sprawę, że badania de facto są ciągle „w polu”, bo ludzi niepalących marihuany to sobie może badać każdy. Nie to jest sensem projektu CH.

Albo to (od 25:30): „Policja jest przygotowana do wykonywania swoich ustawowych zadań i będzie indywidualnie podchodzić do każdej opinii, którą będzie wam wystawiać. (…) policja jest gotowa do opiniowania waszych krzaków”. Hurrrra, policja z nami! Pewnie nie u wszystkich pojawiła się refleksja, że to przecież nie jest zgoda na cokolwiek, lecz jedynie informacja, że policja zrobi to, co do niej należy (czyli: rozpatrzy wniosek). Każda władza ma obowiązek rozpatrzyć każdy wniosek. Ale przecież nie każdy musi rozpatrzyć pozytywnie. (To trochę jakby powiedzieć: mamy zgodę na ognisko przy stodole, bo komendant straży pożarnej zapewnił, że jego oddział jest gotowy przyjechać do każdego pożaru.)

Również informacja o cenach skupu (od 24:15: „Ceny skupu… mamy dwa typy suszu: mamy pierwszy gatunek i drugi gatunek. Pierwszy gatunek to są same szczyty. My je skupujemy po 8 PLN brutto”) nie za bardzo mi się spodobała. Naprawdę CH skupuje już szczyty? Naprawdę? Już? Czy może dopiero zamierza skupować, a w informacji zabrakło dopowiedzenia: „tak będzie, o ile uda nam się wszystko załatwić od strony prawnej”.

„Pani zapytała, czy to ten pan Jarosz, tak, ten pan Jarosz też chcemy, żeby był w tej komisji bioetycznej. (…) No, pan Balicki jak najbardziej, no to mamy, tych lekarzy mamy” (tutaj, od 38:08). Korci mnie, żeby zapytać któregoś z wymienionych (a znam obu), czy wie, że został członkiem komisji bioetycznej zorganizowanej przez Cannabis House. Ale na razie się powstrzymam, sprawdziłem już GIF i chwilowo wystarczy.

Na tym skończę, nie chodzi mi o znalezienie jak największej liczby zastrzeżeń, lecz o ogólne pokazanie, co w moim odczuciu jest w tym projekcie nie tak: kilka razy różne osoby związane z CH przedstawiały plany jako rzeczywistość, zamiar jako fakt (w tym wypowiedź rzecznika Stowarzyszenia, o której napisałem niedawno). Może to być bardzo mylące, zwłaszcza dla młodych rozentuzjazmowanych ludzi, szczęśliwych, że wreszcie mogą sobie legalnie zapalić. Z tego, co mi wiadomo, to na razie jeszcze nie mogą i kto wie, kiedy będą mogli.

Co stwierdzam z nieukrywanym smutkiem.

Cannabis House odpowiedział

Pod poprzednim wpisem znalazł się komentarz Konrada Rycerza, Prezesa Zarządu Cannabis House. Odsyła on mnie i Czytelników bloga do swojego oświadczenia w sprawie mojego wpisu. Oto moja odpowiedź na odpowiedź:

Mój wpis blogowy nie jest „humorystycznym komentarzem na użytek bloga”. Mój wpis jest bardzo poważną próbą zweryfikowania prawdziwości tego, co osoby funkcyjne Stowarzyszenia Cannabis House mówią swoim już zapisanym oraz potencjalnym członkom.

Sprawa jest wyjątkowo prosta: rzecznik Stowarzyszenia oświadcza: „mamy zgodę GIF”. GIF oświadcza: „nikomu takiej zgody nie wydaliśmy”. Ktoś mija się z prawdą i, powiem szczerze, z tej dwójki bardziej wierzę GIF-owi.

CH_ma

Nie wiem, co p. Rycerz widzi sprytnego w moim pytaniu skierowanym do GIF-u: rzecznik CH mówi, że stowarzyszenie dostało zgodę, ja proszę GIF o potwierdzenie, czy taką zgodę wydał. Cała filozofia.

Skomplikowane wyjaśnienia prezesa Rycerza dotyczące tego, jak przepisy regulują wydawanie zezwoleń, powinny zostać skierowane nie do mnie, lecz do rzecznika Stowarzyszenia. Ja mam prawo się na tym nie znać, rzecznik znać się ma obowiązek. Mamy tu do czynienia z dwiema możliwościami: albo rzecznik się w tych sprawach orientuje i celowo wprowadza ludzi w błąd (mogę się domyślać, dlaczego mógłby chcieć to robić), albo się nie orientuje i wtedy nie jest to rzecznik, lecz niedorzecznik. Ale cóż, jakość rzecznika CH to nie jest mój problem.

(Jest jeszcze jedna możliwość: że to dziennikarz przekręcił słowa rzecznika. Ale… Od opublikowania artykułu minęły dwa miesiące, było dosyć czasu na poprawienie tekstu – żaden problem, przynajmniej w wydaniu on-line. W komentarzach pod artykułem też nie widzę sprostowania rzecznika, że w jego usta włożono coś, czego nie powiedział. Zakładam więc, że tak powiedział.)

Cannabis House

Czytam w gazecie:

– Mamy zgody Ministerstwa Zdrowia, Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, ABW i Komendy Głównej Policji na prowadzenie tego eksperymentu – tłumaczył przybyłym Tomasz Słota, rzecznik stowarzyszenia.

Po lekturze myślę sobie: To dopiero zuchy! Brawo. Wyglądało, że to niemożliwe, a jednak. Wszystkie wątpliwości, jakie miałem wobec tego projektu, zostały rozwiane, zwracam honor. Może tylko dla formalności sprawdzę w którejś z wymienionych instytucji. W jednej wystarczy, aż taki nieufny nie jestem, choć CH robi w Polsce rewolucję. Którą instytucję wybrać? Na czuja wydaje mi się, że największe prawdopodobieństwo otrzymania w miarę szybkiej odpowiedzi jest w GIF-ie (bo na Ministerstwo Zdrowia przecież nie liczę). I faktycznie, GIF stosunkowo szybko odpowiada:
GIS o CH
No i wszystkie wątpliwości wobec Cannabis House wracają ze zdwojoną siłą. A już się wydawało, że jest tak pięknie…

Konopna ortografia

Jakiś czas temu w pewnym czasopiśmie ukazał się mój artykuł. Napisałem, przesłałem do redakcji, porozmawialiśmy, po złożeniu tekstu dostałem do akceptacji wersję ostateczną i wszyscy zadowoleni.

Aż do momentu, kiedy dotarł do mnie wydrukowany egzemplarz. Jeden rzut oka wystarczył, żeby zobaczyć, że redakcja zdecydowała zmienić ostateczną (!) wersję. Konkretnie: zmienili tytuł (i może jeszcze coś, ale na wszelki wypadek artykułu nie czytam, po co się denerwować).

konopie
Jeżeli ktoś się na ten tekst natknie, to uprzejmie informuję, że wiem, jak się odmienia wyraz „konopie”, a błąd pochodzi od redakcji. Specjalnie nie wymieniam tytułu czasopisma, bo, z jednej strony, nie chcę mu robić reklamy, a z drugiej nie jestem mściwy i nie chcę mu robić antyreklamy.

Na koniec, żeby nie było, że ten wpis jest poświęcony wyłącznie narzekaniu, informacja dla niewiedzących i wątpiących: konopie nie mają liczby pojedynczej, „konopia włóknista” to błąd. Jeżeli chcemy zaznaczyć, że chodzi o 1 sztukę, można powiedzieć „jedna roślina konopi”. Koniecznie z jednym „i” na końcu, nie tak jak w tytule artykułu.

Młodzi debatują aż miło

No, to sobie uczniowie porozmawiali… Godna pochwały jest różnorodność zaproszonych gości, bo to i ktoś z Sanepidu, i para policjantów, i terapeuta, i psycholog, i dyrektor szkoły. Wszystkie możliwe poglądy, jakby kto pytał, całe spektrum. Ci, którzy byli jeszcze niedoinformowani, wreszcie mogli poznać wszystkie okropności marihuany. Początkowi zwolennicy uznali się za pokonanych. Czy należy się dziwić, że w wyniku wymiany argumentów młodzi dyskutanci doszli do tego jedynie słusznego wniosku? Dopiero by im zmasowane siły policji dały do wiwatu, gdyby było inaczej.

Napisałem przed chwilą zwolennicy? To przepraszam, powinienem był napisać „zwolennicy„, bo autorka artykułu (też uczennica, jak się wydaje) jedną niezręcznością wysypała się, że cała ta dyskusja była na niby i że nikt nikogo nie chciał przekonywać. Bo oto przed prohibicjonistami ukorzył się „uczeń Paweł Matuszewski, grający rolę zwolennika legalizacji„. Tak, dyrekcja szkoły od początku wiedziała, że wśród młodzieży zwycięży rozsądek, o czym może świadczyć choćby napis nalepiony na ścianę i widoczna na ekranie grafika, które uczniom o słabej pamięci stosownymi kolorami przypominały, o co chodzi.

No i dobrze. Kolejna bitwa z marihuaną wygrana. Mała rzecz, a cieszy.

debata

Wujek pomaga

Coraz więcej na rynku sprzedawców olejków z CBD. Z jednej strony to dobrze, bo konkurencja zwykle jest korzystna dla nabywców. Z drugiej strony jednak ma to też minusy: żeby zaistnieć na rynku, sprzedawcy publikują w Sieci teksty mające przekonać potencjalnych klientów do siebie, do swojej fachowości. No i z tym jest kłopot, bo powstają teksty kiepskie, a czasem nawet jeszcze wprowadzające w błąd.

Z jednego z takich tekstów dowiedziałem się, że istnieje „Polskie Stowarzyszenie Leczenia Konopią„. Według internetowej wyszukiwarki istnieje tylko na 2 stronach – obie należą do sklepu z olejkami z CBD – ale istnieje i nawet tworzy zalecenia dotyczące dawkowania. Można się tam dowiedzieć, że „Stężenie CBD różni się w zależności od producenta i formy suplementu, poczynając od 1 mg/dawkę, do setek miligramów/dawkę. Ułatwia to pacjentom przygotowanie odpowiedniej dawki„. Od jednego do setek mg – faktycznie, pomoc dla chorego nieoceniona.

Na innych stronach tego sklepu też można przeczytać różne ciekawe rzeczy. Przykład: „W większości krajów (w tym również w Polsce) rośliny konopi indyjskich, które posiadają ponad 0,3% THC są uważane za konopie, lub marihuanę, ponieważ nadają się do produkcji środków odurzających„.

Podejrzewam, że autorka tych tekstów, Kate („Mama 2 letniego Tadeusza, chorującego na padaczkę lekooporną„), została znajomą polskiego sklepu za pośrednictwem rodziny – konkretnie przez wujka Gugla.

Poseł dał głos

Odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że niektórzy posłowie uważają, że poseł z definicji zna się na wszystkim i w związku z tym powinien wypowiadać się na każdy temat. A ja uważam, że poseł powinien mówić tylko o tym, o czym ma jakąś przynajmniej minimalną wiedzę.

Nie tak dawno, przy okazji złożenia w Sejmie poselskiego projektu wprowadzającego możliwość używania marihuany w celach medycznych, odezwał się jeden taki, co to mówi o wszystkim, o co go zapytają. Z Sieci dowiedziałem się, że jest on

przeciwnikiem wprowadzenia medycznej marihuany „głównie ze względów bezpieczeństwa”. – To narkotyk jak każdy inny. Cała akcja Piotra Marca-Liroya to zawracanie głowy – ocenia Stefan Niesiołowski.

Stefan Niesiołowski jest z wykształcenia entomologiem. Owady to jedyna duża gromada zwierząt, która w toku ewolucji nie wykształciła układu endokannabinoidowego. Nic więc dziwnego, że entomolog nie ma pojęcia o tym, jakie jest oddziaływanie marihuany na organizm ssaka. Nie powinien więc na ten temat zabierać głosu.

A przy okazji: ponad dwa lata temu p. Niesiołowski wyraził się tak:

W cywilizowanym kraju nie sądzi się ciężko chorego człowieka. Jeżeli do Jarosława Kaczyńskiego to nie dociera, to jest idiotą.

Ciekaw jestem, czy było to aktualne jednorazowo (tylko wtedy, gdy trzeba było bronić gen. Jaruzelskiego), czy może jest to zasada uniwersalna, która powinna zostać zastosowana również w odniesieniu do chorych, którzy byli / są / będą sądzeni za leczenie się marihuaną…

Weźcie na wstrzymanie (2)

Drugi tekst, druga grupa zawodowa, która – moim zdaniem – nie powinna się wypowiadać na temat marihuany, medycznej i jakiejkolwiek innej. Będzie o policjantach. Już słyszę głosy, podobnie jak przy okazji poprzedniego tekstu: No jakże to, przecież policjanci z naruszaniem Uopn stykają się na co dzień, mają rozeznanie w temacie jak mało kto. Moja odpowiedź: właśnie dlatego. Policjanci, podobnie jak terapeuci, mają styczność z narkotykową patologią o wiele częściej niż reszta społeczeństwa i mogą w związku z tym stracić obiektywizm spojrzenia. (Już o tym zjawisku mówiłem w tekście o terapeutach.)

Z definicji policja jest przeciwko wszystkim, którzy łamią prawo. Dla policjanta na służbie morderca i palacz marihuany należą do tej samej kategorii ludzi: to przestępcy, jednych i drugich trzeba ścigać. Oczywiście, że prywatnie różnicę widzi, ale służbowo jednego i drugiego nie tylko może, ale wręcz ma obowiązek postawić przed oblicze Temidy. Nawet jeśli zdaje sobie sprawę z tego, że ganiając za dzieciakami palącymi jointy marnotrawi swój czas, który mógłby wykorzystać w bardziej społecznie produktywny sposób.

Trudno mi powiedzieć, jaka część policjantów jest z obecnego stanu rzeczy zadowolona. Na pewno gonić, rewidować, spisywać i odwozić na komendę małolata z wymiętym skrętem jest łatwiejsze i mniej niebezpieczne niż gonić, rewidować, spisywać i odwozić na komendę rabusiów, złodziei samochodów, gwałcicieli, morderców i innych złoczyńców. A ponieważ formalnie rzecz biorąc wszystko jest OK, więc są zadowoleni. Ale wiem, że są też policjanci, których ten stan rzeczy frustruje, bo woleliby móc się zająć czymś poważniejszym.

W USA kilkanaście lat temu powstała organizacja o nazwie LEAP – Law Enforcement Against Prohibition (Stróże Prawa Przeciwko {Narkotykowej} Prohibicji). Zrzesza ona czynnych i byłych pracowników szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości. W większości byłych, bo czynni albo uważają, że twardy kurs jest słuszny, albo boją się publicznie przyznać, że ich zdaniem słuszny to on nie jest. Zupełnie jak u nas. Urzędujący (wówczas) rzecznik policji opowiada o marihuanie głupoty (o jego wypowiedziach pisałem wcześniej). A komendant główny, gdy tylko przestał być komendantem głównym, natychmiast dostrzegł konieczność zmiany podejścia do marihuany i korzyści z liberalizacji marihuanowego prawa.

Skąd ta dwoistość spojrzenia? Jednym z powodów (choć zapewne niejedynym) jest wszechobecność statystyk. Przestępstwo związane z posiadaniem marihuany ze swojej natury należy do przestępstw o najwyższej wykrywalności. Bo gdy się złapie studenta ze skrętem, to ma się „promocję 2 w 1” – od razu i przestępstwo, i przestępcę. A w Polsce policja przykłada bardzo dużą wagę do ładnie wyglądających statystyk. Popatrzcie sami:

poli1poli2
Przesadzam ze znaczeniem statystyk dla policji? Oto co mówi człowiek, który był policjantem, ale się zwolnił, bo interesowała go prawdziwa praca policyjna, nie działania pozorne: „Policja powinna reagować wtedy, kiedy pojawia się zagrożenie, a nie zajmować się produkowaniem odgórnie przyjętych statystyk. Policja ma dbać o bezpieczeństwo, a nie być narzędziem w rękach polityków czy osób pośrednio zarządzających tą instytucją do wymuszania środków finansowych na łatanie dziury budżetowej poprzez sztuczne pompowanie statystyk„. Priorytet dla zwalczania tej strasznej marihuany to może być dobry sposób na poprawę statystyk. Pewnie dlatego niektórzy policjanci idą na skróty i… „Właściciela jednego ze sklepów z nasionami marihuany co 2 tygodnie nachodzi policja. W końcu po podjęciu interwencji zaproponowali mu, aby podawał imiona, nazwiska, adresy i numery telefonów w zamian za spokój. Zobaczcie nagranie z tego zdarzenia„.

Daleki jestem od potępiania policji jako całości, ale z powodów przedstawionych powyżej zdecydowanie uważam, że policjanci powinni powstrzymywać się od komentarzy na temat uregulowań prawnych dotyczących marihuany (i substancji psychoaktywnych w ogóle). Dobitnie wyraził to kiedyś profesor Osiatyński: „…cała polityka narkotykowa w Polsce nie służy zdrowiu publicznemu, służy policji, prokuraturze, biuru do spraw narkomanii i mafii narkotykowej…”

PS
Mały sondaż: kto Waszym zdaniem powinien być bohaterem ostatniej części tego cyklu? Jeśli uważacie, że jest grupa zawodowa, która, jak dwie już omówione, nie powinna się publicznie wypowiadać na temat marihuany, to napiszcie mi to w uwagach pod tym tekstem.

Straszyć też trzeba umieć…

Znany na całym świecie polski portal naukowy O2 zamieścił artykulik pod mrożącym krew w żyłach tytułem „Badania rozwiewają wątpliwości. Oto, co marihuana robi z mózgiem„. Żeby nie przeciążać czytelników, autor zrezygnował z dużej wierszówki i napisał tekst raczej zwięzły. Jego główny wniosek jest taki, że palenie marihuany upośledza pamięć krótkotrwałą. No rewelacja, bo wreszcie, po 25 latach badań, po zebraniu doświadczeń 3,5 tysiąca amerykańskich użytkowników, potwierdziło się to, co w Polsce wie każdy nawet mało zaawansowany palacz: że po marihuanie pamięć może gubić szczegóły tego, co się dzieje w godzinkę-dwie po zapaleniu.

Naukowy portal O2 chciał oczywiście postraszyć swoich czytelników, ale wypsnęło mu się, że marihuana nie wpływa na pamięć długotrwałą, a jedynie na krótkotrwałą. Efekt straszenia miał zostać wzmocniony rozdzierającym serce przykładem Australijczyka, który postanowił rzucić palenie, bo mu się w pamięci zacierają rzeczy, które robi jego mały synek. Jeśli o mnie chodzi, to Australijczyka całkowicie popieram. Nie tylko dlatego, że teraz będzie lepiej pamiętał gaworzenie synka. Również dlatego, że po zażyciu marihuany zostaje zaburzona (krótkoterminowo!) koordynacja ruchowa i najarany tatuś mógłby niechcący upuścić malucha na podłogę. (O problemach z koordynacją ruchów naukowy portal O2 napisze zapewne wtedy, gdy zostaną opublikowane wyniki kolejnego 25-letniego badania; jeśli tak, to wypada pochwalić naukową rzetelność portalu.)

A serio: gdyby ktoś z moich Czytelników chciał chciał rzucić okiem na bardziej rzetelne omówienie pracy szwajcarskich badaczy, może to zrobić na stronach CBS News. Można tam przeczytać na przykład, że naukowcy – ku swojemu zdziwieniu – odkryli, że długotrwałe używanie marihuany nie wpływa na żadne inne zdolności umysłowe użytkowników (jak szybkość myślenia czy zdolność rozwiązywania problemów). Ponadto, stwierdzone deficyty pamięci nie dość, że są nieznaczne, to jeszcze dotyczą tylko jednego rodzaju pamięci (werbalnej czyli związanej z zapamiętywaniem słów). Co więcej, sami naukowcy stwierdzają, że ich badanie jedynie wskazuje na pewne zaobserwowane zjawisko, nie wyciągają jednak wniosków o zależności przyczynowej, czyli de facto nie udowadniają, że używanie marihuany było przyczyną zaobserwowanych problemów z pamięcią. Problemów nieznacznych. Krótkotrwałych. I tylko z pamięcią.