Psychoaktywny kannabidiol

Niedawno na innym blogu zamieściłem wiadomość, jaką wysłałem do Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Dotyczyła ona psychoaktywności kannabidiolu, o której GIS wspomniał w jednym ze swoich pism. Nie wiem, czy dostanę z urzędu jakiś komentarz. Niewykluczone, że nie, bo to nie było pytanie, lecz moja uwaga, więc obowiązku odpowiadania Inspektorat w tym wypadku chyba nie ma. (A nawet gdyby taki obowiązek był, to – jak się już przekonałem – władza nie zawsze się do niego stosuje. I co jej, obywatelu, zrobisz, hę?)

Wiedza GIS-u o psychoaktywności CBD pochodzi z książki wydanej w 2007 roku przez PZWL zatytułowanej „Fitoterapia i leki roślinne„. To praca zbiorowa pod redakcją Elizy Lamer-Zarawskiej. O konopiach mowa jest w części 4: „Toksykologia roślin leczniczych„, napisanej przez profesor Annę Długosz, toksykologa z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Moja uwaga przesłana do GIS-u dotyczyła tego oto fragmentu książki (str. 476/477, wyróżnienia moje):

Kanabinoidy o działaniu halucynogennym (kanabinole), obecne w konopiach, to: tetrahydrokanabinol (THC), kanabinol (CBN), kanabidiol (CBD), kwas kanabidiolowy (CBDA).

Nie podano, skąd pochodzą te informacje. (W ogóle cała książka jest mało udokumentowana: na 478 stron tekstu wymienia się raptem 35 źródeł.) Szkoda, bo w krótkim tekście jest jeszcze parę innych stwierdzeń, które bardziej niż do poważnej książki naukowej nadawałyby się do notatnika propagandysty. (Choć z drugiej strony trzeba przyznać, że to dość powszechnie spotykane opinie, wciąż mocno trzymające się w społecznej świadomości – między innymi dlatego, że są tak bezkrytycznie powielane w poważnych skądinąd pracach.) Przykłady:

→ Nałóg prowadzi do obniżenia intelektu i zaniku uczuć wyższych.
→ U młodych ludzi przewlekłe stosowanie może wywołać zespół apatyczno-abuliczny.
→ Ze względu na to, że dym powstający w wyniku spalania konopi jest bardzo toksyczny, nawet bardziej od dymu tytoniowego, istnieje zagrożenie chorobą nowotworową.

No i jeszcze te zdania, które świadczą o tym, że specjalista od toksykologii nie zawsze zna praktyczną stronę zagadnienia:

→ Najwięcej THC występuje w oleju haszyszowym (50% THC), następnie haszyszu (12%), podczas gdy marihuana zawiera tylko 2-6% THC.
→ Jedyną drogą przyjmowania konopi jest ich palenie.

Na końcu tego rozdziału książki znalazło się jednak jedno stwierdzenie, z którym zdecydowanie się zgadzam:

→ Nie opisano zgonów z powodu przedawkowania.

Dobre i to.

kanabinole

Świat według Onetu

A właściwie według pewnego profesora, którego Onet cytuje. Ile tam jest winy profesora, a ile Onetu? – trudno mi powiedzieć. Bardzo bym chciał wierzyć, że winny jest źle zapisujący dziennikarz. (Przepraszam za to słowo, przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.)

Kilkukrotnie powtórzone „cannabis satiba” to na pewno dziennikarz + kopiuj i wklej. Można wybaczyć, zwłaszcza Onetowi. Ale innych rzeczy już tak łatwo wybaczyć nie można.

„Anandamid naśladuje działanie ekstraktów z rośliny cannabis satiba, czyli marihuany” – mówi Woźniak.

Jak rozumieć to zdanie? Ekstrakty mają pewne działanie na człowieka, więc organizm się wycwanił i wytwarza anandamid, żeby to działanie naśladować. Problem jajka i kury mamy rozwiązany.

(…) kanabinoidy mają jednak bardzo niebezpieczny wpływ na zdrowie człowieka. Jeśli zastosuje się je u chorego z nowotworem mózgu, zniszczą komórki nowotworowe, ale jednocześnie neurony.

Palacza marihuany (albo leczącego się nią chorego) najłatwiej poznać po całkowitym wymóżdżeniu. Można je nawet wyliczyć prostą arytmetyką:

Obliczono, że wypalenie jednego papierosa zawierającego marihuanę powoduje zniszczenie 50 proc. neuronów hipokampa w sześciodniowej hodowli. Im więcej takich papierosów, tym większe zniszczenia w hipokampie.

Czyli: wypalenie 2 papierosów = zniszczenie 100% neuronów. Wypalenie 3 = 150% zniszczenia. Itd.

Okazuje się jednak, że – podczas gdy marihuana jest tak niebezpieczna dla zdrowia człowieka – jej naturalne odpowiedniki, jak anandamid mogą być dla organizmu absolutnie bezpieczne. Naukowcy, wśród nich Woźniak, coraz bardziej przychylają się do tej teorii.

Przełom w nauce o ludzkiej fizjologii: organizm prawdopodobnie nie wytwarza trujących dla siebie substancji! Hura!

 

Omawiany tekst jest stary (2004), w tamtych czasach wiedziano o wiele mniej o działaniu marihuany na człowieka. Ale jednak coś wiedziano. Morał: nie zawsze trzeba wierzyć temu, co mówi profesor. Lub konkretniej: temu, co Onet mówi, że profesor mówi.

O polskiej bylejakości na przykładzie

Jedną z rzeczy, które najbardziej mi przeszkadzają w Polsce, jest nasza bylejakość. Ma wiele postaci i choć spotykam ją na każdym kroku, wciąż nie mogę przywyknąć i wciąż mnie uwiera. Poniżej parę przykładów:

– usiłowałem dowiedzieć się czegoś od Ministerstwa Zdrowia i Centrum Zdrowia Dziecka. Ministerstwa i inne instytucje publiczne mają zapisany w prawie obowiązek odpowiadać obywatelom na ich zapytania, nawet jeśli uważają je za idiotyczne; nie odpowiadają;

– mejla z pewną propozycją wysłałem do redakcji 3 poważnych (a przynajmniej znanych) tygodników; odpowiedzią mi było wyniosłe milczenie;

– miałem sprawę do pewnej polskiej pani profesor; napisałem do niej mejla ze 3 tygodnie temu i wciąż czekam na odpowiedź (coś mi mówi, że jeszcze poczekam); gdy niedawno miałem drobne pytanie do profesora Mechoulama, odpowiedział następnego dnia (wiem, że innym też odpowiada); od Manuela Guzmana odpowiedź także dostałem praktycznie natychmiast.

 

Jakiś czas temu (może ze 3 miesiące, chodziło się jeszcze w zimowych kurtkach) spotkałem się z członkiem studenckiego koła naukowego pewnej polskiej uczelni medycznej. Zaproponowałem, że dla chętnych wygłoszę pogadankę czy prelekcję o układzie endokannabinoidowym: to temat, o którym przez 6 lat nie powie im żaden profesor, a który – po ćwierćwieczu od odkrycia receptora CB1 – współczesnych lekarzy jednak powinien zainteresować, choćby teoretycznie, choćby z ciekawości. Nie bardzo wierzyłem, że coś z tego wyjdzie, ale uważałem, że warto spróbować. (Oczywiście, pogadanka miała być całkowicie gratis, co dodaję dla wszelkiej pewności.) Mój rozmówca pokiwał głową i stwierdził, że temat jest interesujący, ale on sam nie może podejmować takich decyzji i przedyskutuje to z resztą zarządu koła. A na koniec dodał coś, co mnie bardzo zdziwiło: „Tak czy tak się skontaktujemy”. Łał! – co za niespodziewana deklaracja w krainie bylejakości. Może przyszłość tego kraju jednak nie jest tak ciemna, jak mi się wydawało…?

Nie skontaktowali się do dziś. Nawet za bardzo nie lamentuję, kilku czy nawet kilkunastu młodych lekarzy, którzy dowiedzieliby się o istnieniu czegoś kontrolującego i regulującego układy nerwowy i odpornościowy niewiele w skali kraju zmienia. Ale jest jedna rzecz, której chętnie bym się dowiedział: czy to oni sami doszli do wniosku, że szkoda czasu na głupoty, czy może pomysł tak nieprawomyślnej imprezy wybiły im z głowy władze uczelni. Pewnie już się tego nie dowiem – jak tylu innych rzeczy (jak choćby: kto stał za uwaleniem w Sejmie nowelizacji Uopn…?)

Bylejakość rulez!

Oświadczenie Cannabis House

W wymianie korespondencji, jaka miała miejsce po opublikowaniu moich ostatnich 3 wpisów na tym blogu, zobowiązałem się do zamieszczenia tutaj odpowiedzi Stowarzyszenia. Właśnie ją dostałem, więc się wywiązuję:

Centrala Cannabis House Łódź, dn. 12-05-2016r

Do p. Bogdana Jot,
właściciela strony „odklamywaniemarihuany.pl”

OŚWIADCZENIE

W odniesieniu do Pana słów, pragniemy poinformować zarówno Pana, jak i wszystkich zainteresowanych, ze eksperyment jako przedsięwzięcie naukowe uzależnione jest w takim samym stopniu od grupy badającej, grupy badanej i projektu badawczego.

Używając stwierdzenia, ze eksperyment wystartował, nasi przedstawiciele mieli na myśli przede wszystkim poziom zaawansowania pracy z perspektywy grupy badającej i projektu.

Niejednokrotnie apelowaliśmy do chętnych na wzięcie udziału w eksperymencie o skoncentrowaniu się na dopełnieniu wszystkich formalności, ponieważ bez określonej liczby zdefiniowanych stosujących, nie możemy pchnąć naszych działań naprzód.

W celu zasięgnięcia szczegółowych informacji od strony ściśle formalnej (opiniowanie policji, WIF i GIF), polecamy kontakt z naszym działem prawnym, prowadzonym przez p. Jędrzeja Sadowskiego: jedrzej@bioinfo.pl

P.S. Potwierdzamy, że nasz były rzecznik niewłaściwie sformułował myśl, co mogło stworzyć dodatkowe wątpliwości.

Cóż, ten tekst moje wątpliwości nie bardzo rozwiewa. Na przykład: w swoim wykładzie główny konsultant mówił, po ile konkretnie CH skupuje zioło lepszego i gorszego sortu. Czy skupili już choćby 1 gram? Powiedział też główny konsultant, że CH ma w komisji bioetycznej dr. Jarosza. Nie zrobię tego, ale gdybym o to zapytał zainteresowanego, to mogłoby się okazać, że w ogóle nie słyszał on o istnieniu CH.

No, ale nie będę dłużej ciągnął wątku poświęconego wątpliwościom, bo mogłoby powstać wrażenie, że jestem jakoś szczególnie wrogo nastawiony do inicjatywy CH.

Cannabis House (2)

Od pewnego czasu głośno jest w Polsce o projekcie Cannabis House. Słyszałem, że nie jest to pomysł nowy, kilka lat temu miał być realizowany podobny, zdaje się, że zupełnie nie wypalił i – mówiąc bardzo oględnie – nie wszyscy byli w końcowym rezultacie zadowoleni. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Niekoniecznie musi chodzić o powtórzenie dawnych błędów, wręcz przeciwnie, równie dobrze może to być Cannabis House 2.0, poprawiony i udoskonalony.

Kilka razy pytano mnie, co sądzę o nowej odsłonie projektu. Wymigiwałem się od odpowiedzi, głównie dlatego, że nie znałem szczegółów. Pomysł jako taki jest moim zdaniem świetny: nadmiernie opresyjny system pokonać przy pomocy narzędzi zawartych w nim samym. A przy okazji z tych badań naprawdę można by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Ponieważ nie zamierzałem się zapisać, nie szukałem dokładniejszych informacji. Ale informacje i tak same się przesączają. I choć generalnie pomysłowi kibicuję i myślę, że bardzo byłoby fajnie, gdyby się powiódł, to nie wszystko mi się tam podoba. Poniżej napiszę, co konkretnie. Mam nadzieję, że Stowarzyszenie Cannabis House odpowiednio oceni moje intencje: gdybym to ja realizował taki projekt, zdecydowanie chciałbym wiedzieć, jak postrzega go ktoś z zewnątrz, bo to daje świeżość spojrzenia i pozwala dostrzec rzeczy, których nie widać od środka.

Nie bardzo podoba mi się, na przykład, taka kolejność: najpierw zbierzemy deklaracje (i składki), a potem, inszallah, zdobędziemy wszystkie pozwolenia. Nie wiem, może tak właśnie się robi w takich przypadkach, ale ja dla większej przejrzystości pewnie starałbym się kolejność tę odwrócić.

Weźmy teraz tę wypowiedź (od 1:58): „Eksperyment już wystartował”. Wniosek: program działa na 100%, hurrra! Dalsza część wypowiedzi gubi się lekko w powszechnych wiwatach: „…już wystartowały badania grupy kontrolnej, osób niepalących”. Nie wszyscy w euforii muszą sobie zdać w tym momencie sprawę, że badania de facto są ciągle „w polu”, bo ludzi niepalących marihuany to sobie może badać każdy. Nie to jest sensem projektu CH.

Albo to (od 25:30): „Policja jest przygotowana do wykonywania swoich ustawowych zadań i będzie indywidualnie podchodzić do każdej opinii, którą będzie wam wystawiać. (…) policja jest gotowa do opiniowania waszych krzaków”. Hurrrra, policja z nami! Pewnie nie u wszystkich pojawiła się refleksja, że to przecież nie jest zgoda na cokolwiek, lecz jedynie informacja, że policja zrobi to, co do niej należy (czyli: rozpatrzy wniosek). Każda władza ma obowiązek rozpatrzyć każdy wniosek. Ale przecież nie każdy musi rozpatrzyć pozytywnie. (To trochę jakby powiedzieć: mamy zgodę na ognisko przy stodole, bo komendant straży pożarnej zapewnił, że jego oddział jest gotowy przyjechać do każdego pożaru.)

Również informacja o cenach skupu (od 24:15: „Ceny skupu… mamy dwa typy suszu: mamy pierwszy gatunek i drugi gatunek. Pierwszy gatunek to są same szczyty. My je skupujemy po 8 PLN brutto”) nie za bardzo mi się spodobała. Naprawdę CH skupuje już szczyty? Naprawdę? Już? Czy może dopiero zamierza skupować, a w informacji zabrakło dopowiedzenia: „tak będzie, o ile uda nam się wszystko załatwić od strony prawnej”.

„Pani zapytała, czy to ten pan Jarosz, tak, ten pan Jarosz też chcemy, żeby był w tej komisji bioetycznej. (…) No, pan Balicki jak najbardziej, no to mamy, tych lekarzy mamy” (tutaj, od 38:08). Korci mnie, żeby zapytać któregoś z wymienionych (a znam obu), czy wie, że został członkiem komisji bioetycznej zorganizowanej przez Cannabis House. Ale na razie się powstrzymam, sprawdziłem już GIF i chwilowo wystarczy.

Na tym skończę, nie chodzi mi o znalezienie jak największej liczby zastrzeżeń, lecz o ogólne pokazanie, co w moim odczuciu jest w tym projekcie nie tak: kilka razy różne osoby związane z CH przedstawiały plany jako rzeczywistość, zamiar jako fakt (w tym wypowiedź rzecznika Stowarzyszenia, o której napisałem niedawno). Może to być bardzo mylące, zwłaszcza dla młodych rozentuzjazmowanych ludzi, szczęśliwych, że wreszcie mogą sobie legalnie zapalić. Z tego, co mi wiadomo, to na razie jeszcze nie mogą i kto wie, kiedy będą mogli.

Co stwierdzam z nieukrywanym smutkiem.

Cannabis House odpowiedział

Pod poprzednim wpisem znalazł się komentarz Konrada Rycerza, Prezesa Zarządu Cannabis House. Odsyła on mnie i Czytelników bloga do swojego oświadczenia w sprawie mojego wpisu. Oto moja odpowiedź na odpowiedź:

Mój wpis blogowy nie jest „humorystycznym komentarzem na użytek bloga”. Mój wpis jest bardzo poważną próbą zweryfikowania prawdziwości tego, co osoby funkcyjne Stowarzyszenia Cannabis House mówią swoim już zapisanym oraz potencjalnym członkom.

Sprawa jest wyjątkowo prosta: rzecznik Stowarzyszenia oświadcza: „mamy zgodę GIF”. GIF oświadcza: „nikomu takiej zgody nie wydaliśmy”. Ktoś mija się z prawdą i, powiem szczerze, z tej dwójki bardziej wierzę GIF-owi.

CH_ma

Nie wiem, co p. Rycerz widzi sprytnego w moim pytaniu skierowanym do GIF-u: rzecznik CH mówi, że stowarzyszenie dostało zgodę, ja proszę GIF o potwierdzenie, czy taką zgodę wydał. Cała filozofia.

Skomplikowane wyjaśnienia prezesa Rycerza dotyczące tego, jak przepisy regulują wydawanie zezwoleń, powinny zostać skierowane nie do mnie, lecz do rzecznika Stowarzyszenia. Ja mam prawo się na tym nie znać, rzecznik znać się ma obowiązek. Mamy tu do czynienia z dwiema możliwościami: albo rzecznik się w tych sprawach orientuje i celowo wprowadza ludzi w błąd (mogę się domyślać, dlaczego mógłby chcieć to robić), albo się nie orientuje i wtedy nie jest to rzecznik, lecz niedorzecznik. Ale cóż, jakość rzecznika CH to nie jest mój problem.

(Jest jeszcze jedna możliwość: że to dziennikarz przekręcił słowa rzecznika. Ale… Od opublikowania artykułu minęły dwa miesiące, było dosyć czasu na poprawienie tekstu – żaden problem, przynajmniej w wydaniu on-line. W komentarzach pod artykułem też nie widzę sprostowania rzecznika, że w jego usta włożono coś, czego nie powiedział. Zakładam więc, że tak powiedział.)

Cannabis House

Czytam w gazecie:

– Mamy zgody Ministerstwa Zdrowia, Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego, ABW i Komendy Głównej Policji na prowadzenie tego eksperymentu – tłumaczył przybyłym Tomasz Słota, rzecznik stowarzyszenia.

Po lekturze myślę sobie: To dopiero zuchy! Brawo. Wyglądało, że to niemożliwe, a jednak. Wszystkie wątpliwości, jakie miałem wobec tego projektu, zostały rozwiane, zwracam honor. Może tylko dla formalności sprawdzę w którejś z wymienionych instytucji. W jednej wystarczy, aż taki nieufny nie jestem, choć CH robi w Polsce rewolucję. Którą instytucję wybrać? Na czuja wydaje mi się, że największe prawdopodobieństwo otrzymania w miarę szybkiej odpowiedzi jest w GIF-ie (bo na Ministerstwo Zdrowia przecież nie liczę). I faktycznie, GIF stosunkowo szybko odpowiada:
GIS o CH
No i wszystkie wątpliwości wobec Cannabis House wracają ze zdwojoną siłą. A już się wydawało, że jest tak pięknie…

Konopna ortografia

Jakiś czas temu w pewnym czasopiśmie ukazał się mój artykuł. Napisałem, przesłałem do redakcji, porozmawialiśmy, po złożeniu tekstu dostałem do akceptacji wersję ostateczną i wszyscy zadowoleni.

Aż do momentu, kiedy dotarł do mnie wydrukowany egzemplarz. Jeden rzut oka wystarczył, żeby zobaczyć, że redakcja zdecydowała zmienić ostateczną (!) wersję. Konkretnie: zmienili tytuł (i może jeszcze coś, ale na wszelki wypadek artykułu nie czytam, po co się denerwować).

konopie
Jeżeli ktoś się na ten tekst natknie, to uprzejmie informuję, że wiem, jak się odmienia wyraz „konopie”, a błąd pochodzi od redakcji. Specjalnie nie wymieniam tytułu czasopisma, bo, z jednej strony, nie chcę mu robić reklamy, a z drugiej nie jestem mściwy i nie chcę mu robić antyreklamy.

Na koniec, żeby nie było, że ten wpis jest poświęcony wyłącznie narzekaniu, informacja dla niewiedzących i wątpiących: konopie nie mają liczby pojedynczej, „konopia włóknista” to błąd. Jeżeli chcemy zaznaczyć, że chodzi o 1 sztukę, można powiedzieć „jedna roślina konopi”. Koniecznie z jednym „i” na końcu, nie tak jak w tytule artykułu.

Młodzi debatują aż miło

No, to sobie uczniowie porozmawiali… Godna pochwały jest różnorodność zaproszonych gości, bo to i ktoś z Sanepidu, i para policjantów, i terapeuta, i psycholog, i dyrektor szkoły. Wszystkie możliwe poglądy, jakby kto pytał, całe spektrum. Ci, którzy byli jeszcze niedoinformowani, wreszcie mogli poznać wszystkie okropności marihuany. Początkowi zwolennicy uznali się za pokonanych. Czy należy się dziwić, że w wyniku wymiany argumentów młodzi dyskutanci doszli do tego jedynie słusznego wniosku? Dopiero by im zmasowane siły policji dały do wiwatu, gdyby było inaczej.

Napisałem przed chwilą zwolennicy? To przepraszam, powinienem był napisać „zwolennicy„, bo autorka artykułu (też uczennica, jak się wydaje) jedną niezręcznością wysypała się, że cała ta dyskusja była na niby i że nikt nikogo nie chciał przekonywać. Bo oto przed prohibicjonistami ukorzył się „uczeń Paweł Matuszewski, grający rolę zwolennika legalizacji„. Tak, dyrekcja szkoły od początku wiedziała, że wśród młodzieży zwycięży rozsądek, o czym może świadczyć choćby napis nalepiony na ścianę i widoczna na ekranie grafika, które uczniom o słabej pamięci stosownymi kolorami przypominały, o co chodzi.

No i dobrze. Kolejna bitwa z marihuaną wygrana. Mała rzecz, a cieszy.

debata