Dobry dil

Będzie o tym: „Marihuana rujnuje mózg i ciało„.

Takich tekstów są w Sieci setki. W zasadzie szkoda na nie czasu, ale w niektórych jest coś, co przyciąga uwagę. W tym tekście zastanowił mnie… nie, nie kompletny brak wiedzy autora na temat marihuany. To znaczy: to też wychodzi, jak najbardziej. Na przykład: „Są kraje, takie jak liberalna Holandia, które sprzeciwiają się legalizacji tego „dobrodziejstwa”” – fakt, w Holandii marycha formalnie legalna nie jest, ale żeby był to kraj modelowego sprzeciwiania się jej, to chyba jednak też nie. Albo ta perełka: „Większość skutków THC dzieje się w mózgu, gdzie substancje chemicznych reagują z receptorami w komórkach mózgu zwanymi cannibinoid„.

Tu zrobiło się ciekawie: po przeczytaniu tego ostatniego zdania zacząłem podejrzewać, że mamy do czynienia z amerykańskim tekstem przetłumaczonym przez Google Translatora i dość niestarannie wygładzonym przez autora wersji polskiej. (Chyba amerykańskim, bo w tekście podane są ceny papierosów w dolarach i centach, a nie sądzę, żeby autorem artykułu był rodak pamiętający czasy Pewexu.) Moje podejrzenia umacniają się, gdy widzę inne lapsusy językowe, których Polak raczej by nie popełnił (choć spolszczacz owszem, mógł prześlepić): „wydalanie dopaminy” (zamiast wydzielanie), „około między 20 a 30 procent”, „susza w ustach” (zamiast suchość). No i to zdanie, równie piękne jak tamto o „komórkach mózgu zwanych cannibinoid”: „THC, główna aktywna substancja chemiczna w marihuanie, jak wykazano w badaniach, powoduje przerwanie później fazy snu REM, która jest najbardziej istotne dla odczucie że ciało po przebudzeniu czuje się zrelaksowane„.

Ale głównym powodem, dla którego zaraz po lekturze nie zamknąłem tego pożal się Boże artykułu, jest występujący w nim argument przeciwko legalizacji. Argument bardzo ciekawy – oto on:

Legalizacja marihuany nie poprawia sytuacji zagrożenia narkotykami a mafia która traci w ten sposób dochody już szuka możliwości kompensacji strat i sytuacja staje się groźniejsza niż była.

Innymi słowy: nielegalność marihuany jest dla nas dobra, bo mafia zarabia na marihuanie, dzięki czemu nie robi gorszych rzeczy.

No tak, na pierwszy rzut oka argument rozsądny. Ale rzućmy okiem jeszcze raz… Po pierwsze, czy naprawdę mamy wierzyć, że świat przestępczy zadowala się obecnie marihuaną i nie szuka innych możliwości? Really? Po drugie, we wspomnianej Holandii czy w wielu amerykańskich stanach bardzo zliberalizowano podejście do marihuany i jakoś nie nastąpiło tam żadne pandemonium spowodowane chęcią powetowania sobie przez tamtejszy świat przestępczy strat na maryśce. I po trzecie: wedle tej teorii, pozwalając, by mafia bogaciła się na handlu tą straszną marihuaną, uzyskujemy jakieś tam korzyści społeczne. Ale cena za nie jest wysoka, bo do ludzi trafiają spore ilości narkotyku. Zróbmy zatem jedyne logiczne w tej sytuacji posunięcie: umówmy się z przestępcami, że oni nie będą handlować marihuaną, a my im za to będziemy płacić coś w rodzaju „odszkodowania” za utracone zarobki. Dobry dil, czyż nie?

Dil-TAK

Eliza publikuj

Osobom interesującym się tematem medycznej marihuany znana jest zapewne barwna i kontrowersyjna postać Elizy Walczak. Ten tekst nie jest poświęcony jej samej, lecz pewnemu twierdzeniu, które od dłuższego czasu publicznie prezentuje.

EW używa marihuany w celach terapeutycznych (to żadne plotki, wiem o tym z jej własnych publicznych wypowiedzi). Kilka lat temu miała wpadkę, której konsekwencją był proces sądowy za posiadanie „znacznych ilości”. Po procesie EW nie poszła do więzienia. Rozważając rzecz teoretycznie, mogła zajść jedna z dwóch sytuacji: 1) EW nie poszła do więzienia, bo została uniewinniona, lub 2) EW nie poszła do więzienia pomimo że nie została uniewinniona (warunkowe umorzenie / wyrok w zawieszeniu / wyrok skazujący na karę inną niż pozbawienie wolności). Różnica jest zasadnicza: w pierwszym przypadku sąd stwierdził, że nie było naruszenia prawa (czyli: posiadanie marihuany przez pacjentów jest legalne). W drugim, że prawo zostało naruszone (a więc posiadanie legalne nie jest), ale okoliczności nie uzasadniały orzeczenia kary pozbawienia wolności.

Polscy chorzy chcący się leczyć marihuaną otrzymują sprzeczne komunikaty. Z jednej strony jest EW twierdząca, że posiadanie marihuany na potrzeby lecznicze jest legalne, bo przecież ona miała, a jej nie zamknęli. Z drugiej strony jest Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, która zakazem posiadania obejmuje wszystkie przypadki, nie robiąc wyjątków dla posiadania w celach leczniczych. (Pojawiające się co jakiś czas informacje o skazaniu posiadających lub uprawiających na własne potrzeby pacjentów zdają się być tu potwierdzeniem.) No, ale przecież jej nie skazali, więc…?

Jest bardzo proste rozwiązanie: EW powinna opublikować swój wyrok. Nie jest to wcale taki niezwykły pomysł, już sporo razy widziałem, jak ludzie po zamazaniu danych wrażliwych udostępniali w Sieci swoje wyroki. Żeby zaszpanować, żeby prosić o pomoc w przygotowaniu apelacji, żeby wyśmiać jakieś niezręczne sformułowanie użyte przez sąd. A tutaj powód byłby bardzo zacny: gdyby faktycznie, jak twierdzi EW, w jej sprawie zapadł wyrok uniewinniający (a więc posiadanie przez chorych jest legalne), jaka fantastyczna byłaby to pomoc dla tych, którzy już mają, albo potencjalnie mogą mieć, konflikt z prawem. Nieważne, że nie obowiązuje u nas precedens sądowy: byłby to wspaniały punkt wyjścia dla adwokatów kolejnych nieszczęśników, którzy wpadli z lekiem. A przecież EW zawsze twierdziła, że chodzi jej o dobro pacjentów. Ja kilka razy usiłowałem namówić ją na pokazanie wyroku, ale, mówiąc językiem dyplomatycznym, moje propozycje nie spotykały się ze zrozumieniem. I powiem szczerze: zaczynam podejrzewać, że ten opór może oznaczać, że jednak uniewinnienia nie było, a więc twierdzenia EW o legalności posiadania na potrzeby medyczne są psu na budę.

I na koniec wyjaśnienie. Na punkcie EW nie mam żadnej obsesji, nie uważam jej też za swojego wroga. Moje zainteresowanie wyrokiem i naleganie na jego publikację bierze się wyłącznie stąd, że głoszoną przez EW tezę uważam za fałszywą, a co ważniejsze: społecznie szkodliwą. Myślę, że to będzie ostatnia próba z mojej strony (bo ile można, jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia). Ale właśnie dlatego, że nie zamierzam już wracać do tej sprawy, chciałem możliwie szczegółowo przedstawić mój punkt widzenia i moje argumenty.

A zatem ponawiam apel:

Eliza_publikuj

Ludzki prezydent

W amerykańskim internecie natknąłem się na artykuł mówiący o tym, że prezydent Obama właśnie ułaskawił 22 osoby skazane za posiadanie bądź uprawę marychy. A wcześniej ułaskawił jeszcze inne.

To na pierwszy rzut oka dobra, optymistyczna wiadomość. Na drugi jednak chyba nie za bardzo. Bo jaki sens ma utrzymywanie prawa, na mocy którego sądy masowo skazują ludzi na więzienie, a potem prezydent masowo (no, nie tak masowo, ale jednak) ułaskawia?

Czy od stwierdzenia „mamy rozsądnego prezydenta” nie byłoby o wiele lepsze stwierdzenie „mamy rozsądne prawo”…?

Powyższa uwaga dotyczy nie tylko Stanów Zjednoczonych.

Temat trochę gówniany, ale poważny

Pozwalam sobie przytoczyć obszerny fragment rozmowy na temat pewnej procedury medycznej – lekko kontrowersyjnej i niebędącej częścią oficjalnie praktykowanej medycyny, ale jednak legalnej. (Wyróżnienie na końcu moje.)

Nie boi się pan, że w tym „koktajlu” są substancje szkodliwe? Takie, których nie można przebadać? Kał to końcowy produkt przemiany materii. Coś, czego się pozbywamy.

– To jest jedyny argument, z którym trudno mi walczyć. I koronny argument przeciwników stosowania tej metody. Mówią, że zaczną tak leczyć ludzi, jeśli dokładnie będzie wiadomo, co się znajduje w podawanym materiale. Jakie bakterie, wirusy, związki, cząsteczki. Trwają badania próbujące określić, jakich bakterii w zdrowym kale jest najwięcej i które odpowiadają za dobrostan jelit. (…)

Nie mamy za dużego pojęcia o relacjach, jakie zachodzą w jelitach między mikroorganizmami oraz między nimi a naszymi komórkami. To wciąż mało zbadany świat. Dlatego chwytamy się przeszczepiania kału „na żywca” ze wszystkim. Bo liczy się nie tylko jeden gatunek bakterii, ale również ich środowisko, otoczenie. Dlatego probiotyki w kapsułkach nie działają w zakażeniach Clostridium.

Za tą metodą przemawia długoletnie doświadczenie. Od 60 lat nie ma żadnych publikacji, że w jakikolwiek sposób taki przeszczep szkodzi biorcy. Ponadto nie proponujemy go nikomu dla poprawienia urody, tylko po to, żeby go ratować. Bo przy takich dolegliwościach pacjentom żyć się czasem odechciewa.

Zapewne większość lekarzy zgadza się (mam nadzieję, że się zgadza) z argumentami dr. Grzesiowskiego: nie ma badań, nie bardzo rozumiemy, co tam się dzieje, ale są pozytywne wyniki i od dawna brak doniesień o szkodliwości. Więc jeżeli tak, to skąd opory przed zaakceptowaniem medycznych zastosowań marihuany? Zastąpcie sobie w tym fragmencie, drodzy lekarze, kał marihuaną, a bakterie kannabinoidami i otrzymacie piękny tekst pochwalny o medycznej marihuanie. Z którym się zgadzacie, prawda? Mam nadzieję, że się zgadzacie…

PS
Dr Paweł Grzesiowski kilkakrotnie w telewizjach śniadaniowych rozsądnie wypowiadał się na temat medycznych zastosowań marihuany. Zapewne nie jest to przypadek.

Psychoaktywny kannabidiol

Niedawno na innym blogu zamieściłem wiadomość, jaką wysłałem do Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Dotyczyła ona psychoaktywności kannabidiolu, o której GIS wspomniał w jednym ze swoich pism. Nie wiem, czy dostanę z urzędu jakiś komentarz. Niewykluczone, że nie, bo to nie było pytanie, lecz moja uwaga, więc obowiązku odpowiadania Inspektorat w tym wypadku chyba nie ma. (A nawet gdyby taki obowiązek był, to – jak się już przekonałem – władza nie zawsze się do niego stosuje. I co jej, obywatelu, zrobisz, hę?)

Wiedza GIS-u o psychoaktywności CBD pochodzi z książki wydanej w 2007 roku przez PZWL zatytułowanej „Fitoterapia i leki roślinne„. To praca zbiorowa pod redakcją Elizy Lamer-Zarawskiej. O konopiach mowa jest w części 4: „Toksykologia roślin leczniczych„, napisanej przez profesor Annę Długosz, toksykologa z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Moja uwaga przesłana do GIS-u dotyczyła tego oto fragmentu książki (str. 476/477, wyróżnienia moje):

Kanabinoidy o działaniu halucynogennym (kanabinole), obecne w konopiach, to: tetrahydrokanabinol (THC), kanabinol (CBN), kanabidiol (CBD), kwas kanabidiolowy (CBDA).

Nie podano, skąd pochodzą te informacje. (W ogóle cała książka jest mało udokumentowana: na 478 stron tekstu wymienia się raptem 35 źródeł.) Szkoda, bo w krótkim tekście jest jeszcze parę innych stwierdzeń, które bardziej niż do poważnej książki naukowej nadawałyby się do notatnika propagandysty. (Choć z drugiej strony trzeba przyznać, że to dość powszechnie spotykane opinie, wciąż mocno trzymające się w społecznej świadomości – między innymi dlatego, że są tak bezkrytycznie powielane w poważnych skądinąd pracach.) Przykłady:

→ Nałóg prowadzi do obniżenia intelektu i zaniku uczuć wyższych.
→ U młodych ludzi przewlekłe stosowanie może wywołać zespół apatyczno-abuliczny.
→ Ze względu na to, że dym powstający w wyniku spalania konopi jest bardzo toksyczny, nawet bardziej od dymu tytoniowego, istnieje zagrożenie chorobą nowotworową.

No i jeszcze te zdania, które świadczą o tym, że specjalista od toksykologii nie zawsze zna praktyczną stronę zagadnienia:

→ Najwięcej THC występuje w oleju haszyszowym (50% THC), następnie haszyszu (12%), podczas gdy marihuana zawiera tylko 2-6% THC.
→ Jedyną drogą przyjmowania konopi jest ich palenie.

Na końcu tego rozdziału książki znalazło się jednak jedno stwierdzenie, z którym zdecydowanie się zgadzam:

→ Nie opisano zgonów z powodu przedawkowania.

Dobre i to.

kanabinole

Świat według Onetu

A właściwie według pewnego profesora, którego Onet cytuje. Ile tam jest winy profesora, a ile Onetu? – trudno mi powiedzieć. Bardzo bym chciał wierzyć, że winny jest źle zapisujący dziennikarz. (Przepraszam za to słowo, przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.)

Kilkukrotnie powtórzone „cannabis satiba” to na pewno dziennikarz + kopiuj i wklej. Można wybaczyć, zwłaszcza Onetowi. Ale innych rzeczy już tak łatwo wybaczyć nie można.

„Anandamid naśladuje działanie ekstraktów z rośliny cannabis satiba, czyli marihuany” – mówi Woźniak.

Jak rozumieć to zdanie? Ekstrakty mają pewne działanie na człowieka, więc organizm się wycwanił i wytwarza anandamid, żeby to działanie naśladować. Problem jajka i kury mamy rozwiązany.

(…) kanabinoidy mają jednak bardzo niebezpieczny wpływ na zdrowie człowieka. Jeśli zastosuje się je u chorego z nowotworem mózgu, zniszczą komórki nowotworowe, ale jednocześnie neurony.

Palacza marihuany (albo leczącego się nią chorego) najłatwiej poznać po całkowitym wymóżdżeniu. Można je nawet wyliczyć prostą arytmetyką:

Obliczono, że wypalenie jednego papierosa zawierającego marihuanę powoduje zniszczenie 50 proc. neuronów hipokampa w sześciodniowej hodowli. Im więcej takich papierosów, tym większe zniszczenia w hipokampie.

Czyli: wypalenie 2 papierosów = zniszczenie 100% neuronów. Wypalenie 3 = 150% zniszczenia. Itd.

Okazuje się jednak, że – podczas gdy marihuana jest tak niebezpieczna dla zdrowia człowieka – jej naturalne odpowiedniki, jak anandamid mogą być dla organizmu absolutnie bezpieczne. Naukowcy, wśród nich Woźniak, coraz bardziej przychylają się do tej teorii.

Przełom w nauce o ludzkiej fizjologii: organizm prawdopodobnie nie wytwarza trujących dla siebie substancji! Hura!

 

Omawiany tekst jest stary (2004), w tamtych czasach wiedziano o wiele mniej o działaniu marihuany na człowieka. Ale jednak coś wiedziano. Morał: nie zawsze trzeba wierzyć temu, co mówi profesor. Lub konkretniej: temu, co Onet mówi, że profesor mówi.

O polskiej bylejakości na przykładzie

Jedną z rzeczy, które najbardziej mi przeszkadzają w Polsce, jest nasza bylejakość. Ma wiele postaci i choć spotykam ją na każdym kroku, wciąż nie mogę przywyknąć i wciąż mnie uwiera. Poniżej parę przykładów:

– usiłowałem dowiedzieć się czegoś od Ministerstwa Zdrowia i Centrum Zdrowia Dziecka. Ministerstwa i inne instytucje publiczne mają zapisany w prawie obowiązek odpowiadać obywatelom na ich zapytania, nawet jeśli uważają je za idiotyczne; nie odpowiadają;

– mejla z pewną propozycją wysłałem do redakcji 3 poważnych (a przynajmniej znanych) tygodników; odpowiedzią mi było wyniosłe milczenie;

– miałem sprawę do pewnej polskiej pani profesor; napisałem do niej mejla ze 3 tygodnie temu i wciąż czekam na odpowiedź (coś mi mówi, że jeszcze poczekam); gdy niedawno miałem drobne pytanie do profesora Mechoulama, odpowiedział następnego dnia (wiem, że innym też odpowiada); od Manuela Guzmana odpowiedź także dostałem praktycznie natychmiast.

 

Jakiś czas temu (może ze 3 miesiące, chodziło się jeszcze w zimowych kurtkach) spotkałem się z członkiem studenckiego koła naukowego pewnej polskiej uczelni medycznej. Zaproponowałem, że dla chętnych wygłoszę pogadankę czy prelekcję o układzie endokannabinoidowym: to temat, o którym przez 6 lat nie powie im żaden profesor, a który – po ćwierćwieczu od odkrycia receptora CB1 – współczesnych lekarzy jednak powinien zainteresować, choćby teoretycznie, choćby z ciekawości. Nie bardzo wierzyłem, że coś z tego wyjdzie, ale uważałem, że warto spróbować. (Oczywiście, pogadanka miała być całkowicie gratis, co dodaję dla wszelkiej pewności.) Mój rozmówca pokiwał głową i stwierdził, że temat jest interesujący, ale on sam nie może podejmować takich decyzji i przedyskutuje to z resztą zarządu koła. A na koniec dodał coś, co mnie bardzo zdziwiło: „Tak czy tak się skontaktujemy”. Łał! – co za niespodziewana deklaracja w krainie bylejakości. Może przyszłość tego kraju jednak nie jest tak ciemna, jak mi się wydawało…?

Nie skontaktowali się do dziś. Nawet za bardzo nie lamentuję, kilku czy nawet kilkunastu młodych lekarzy, którzy dowiedzieliby się o istnieniu czegoś kontrolującego i regulującego układy nerwowy i odpornościowy niewiele w skali kraju zmienia. Ale jest jedna rzecz, której chętnie bym się dowiedział: czy to oni sami doszli do wniosku, że szkoda czasu na głupoty, czy może pomysł tak nieprawomyślnej imprezy wybiły im z głowy władze uczelni. Pewnie już się tego nie dowiem – jak tylu innych rzeczy (jak choćby: kto stał za uwaleniem w Sejmie nowelizacji Uopn…?)

Bylejakość rulez!

Oświadczenie Cannabis House

W wymianie korespondencji, jaka miała miejsce po opublikowaniu moich ostatnich 3 wpisów na tym blogu, zobowiązałem się do zamieszczenia tutaj odpowiedzi Stowarzyszenia. Właśnie ją dostałem, więc się wywiązuję:

Centrala Cannabis House Łódź, dn. 12-05-2016r

Do p. Bogdana Jot,
właściciela strony „odklamywaniemarihuany.pl”

OŚWIADCZENIE

W odniesieniu do Pana słów, pragniemy poinformować zarówno Pana, jak i wszystkich zainteresowanych, ze eksperyment jako przedsięwzięcie naukowe uzależnione jest w takim samym stopniu od grupy badającej, grupy badanej i projektu badawczego.

Używając stwierdzenia, ze eksperyment wystartował, nasi przedstawiciele mieli na myśli przede wszystkim poziom zaawansowania pracy z perspektywy grupy badającej i projektu.

Niejednokrotnie apelowaliśmy do chętnych na wzięcie udziału w eksperymencie o skoncentrowaniu się na dopełnieniu wszystkich formalności, ponieważ bez określonej liczby zdefiniowanych stosujących, nie możemy pchnąć naszych działań naprzód.

W celu zasięgnięcia szczegółowych informacji od strony ściśle formalnej (opiniowanie policji, WIF i GIF), polecamy kontakt z naszym działem prawnym, prowadzonym przez p. Jędrzeja Sadowskiego: jedrzej@bioinfo.pl

P.S. Potwierdzamy, że nasz były rzecznik niewłaściwie sformułował myśl, co mogło stworzyć dodatkowe wątpliwości.

Cóż, ten tekst moje wątpliwości nie bardzo rozwiewa. Na przykład: w swoim wykładzie główny konsultant mówił, po ile konkretnie CH skupuje zioło lepszego i gorszego sortu. Czy skupili już choćby 1 gram? Powiedział też główny konsultant, że CH ma w komisji bioetycznej dr. Jarosza. Nie zrobię tego, ale gdybym o to zapytał zainteresowanego, to mogłoby się okazać, że w ogóle nie słyszał on o istnieniu CH.

No, ale nie będę dłużej ciągnął wątku poświęconego wątpliwościom, bo mogłoby powstać wrażenie, że jestem jakoś szczególnie wrogo nastawiony do inicjatywy CH.

Cannabis House (2)

Od pewnego czasu głośno jest w Polsce o projekcie Cannabis House. Słyszałem, że nie jest to pomysł nowy, kilka lat temu miał być realizowany podobny, zdaje się, że zupełnie nie wypalił i – mówiąc bardzo oględnie – nie wszyscy byli w końcowym rezultacie zadowoleni. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Niekoniecznie musi chodzić o powtórzenie dawnych błędów, wręcz przeciwnie, równie dobrze może to być Cannabis House 2.0, poprawiony i udoskonalony.

Kilka razy pytano mnie, co sądzę o nowej odsłonie projektu. Wymigiwałem się od odpowiedzi, głównie dlatego, że nie znałem szczegółów. Pomysł jako taki jest moim zdaniem świetny: nadmiernie opresyjny system pokonać przy pomocy narzędzi zawartych w nim samym. A przy okazji z tych badań naprawdę można by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Ponieważ nie zamierzałem się zapisać, nie szukałem dokładniejszych informacji. Ale informacje i tak same się przesączają. I choć generalnie pomysłowi kibicuję i myślę, że bardzo byłoby fajnie, gdyby się powiódł, to nie wszystko mi się tam podoba. Poniżej napiszę, co konkretnie. Mam nadzieję, że Stowarzyszenie Cannabis House odpowiednio oceni moje intencje: gdybym to ja realizował taki projekt, zdecydowanie chciałbym wiedzieć, jak postrzega go ktoś z zewnątrz, bo to daje świeżość spojrzenia i pozwala dostrzec rzeczy, których nie widać od środka.

Nie bardzo podoba mi się, na przykład, taka kolejność: najpierw zbierzemy deklaracje (i składki), a potem, inszallah, zdobędziemy wszystkie pozwolenia. Nie wiem, może tak właśnie się robi w takich przypadkach, ale ja dla większej przejrzystości pewnie starałbym się kolejność tę odwrócić.

Weźmy teraz tę wypowiedź (od 1:58): „Eksperyment już wystartował”. Wniosek: program działa na 100%, hurrra! Dalsza część wypowiedzi gubi się lekko w powszechnych wiwatach: „…już wystartowały badania grupy kontrolnej, osób niepalących”. Nie wszyscy w euforii muszą sobie zdać w tym momencie sprawę, że badania de facto są ciągle „w polu”, bo ludzi niepalących marihuany to sobie może badać każdy. Nie to jest sensem projektu CH.

Albo to (od 25:30): „Policja jest przygotowana do wykonywania swoich ustawowych zadań i będzie indywidualnie podchodzić do każdej opinii, którą będzie wam wystawiać. (…) policja jest gotowa do opiniowania waszych krzaków”. Hurrrra, policja z nami! Pewnie nie u wszystkich pojawiła się refleksja, że to przecież nie jest zgoda na cokolwiek, lecz jedynie informacja, że policja zrobi to, co do niej należy (czyli: rozpatrzy wniosek). Każda władza ma obowiązek rozpatrzyć każdy wniosek. Ale przecież nie każdy musi rozpatrzyć pozytywnie. (To trochę jakby powiedzieć: mamy zgodę na ognisko przy stodole, bo komendant straży pożarnej zapewnił, że jego oddział jest gotowy przyjechać do każdego pożaru.)

Również informacja o cenach skupu (od 24:15: „Ceny skupu… mamy dwa typy suszu: mamy pierwszy gatunek i drugi gatunek. Pierwszy gatunek to są same szczyty. My je skupujemy po 8 PLN brutto”) nie za bardzo mi się spodobała. Naprawdę CH skupuje już szczyty? Naprawdę? Już? Czy może dopiero zamierza skupować, a w informacji zabrakło dopowiedzenia: „tak będzie, o ile uda nam się wszystko załatwić od strony prawnej”.

„Pani zapytała, czy to ten pan Jarosz, tak, ten pan Jarosz też chcemy, żeby był w tej komisji bioetycznej. (…) No, pan Balicki jak najbardziej, no to mamy, tych lekarzy mamy” (tutaj, od 38:08). Korci mnie, żeby zapytać któregoś z wymienionych (a znam obu), czy wie, że został członkiem komisji bioetycznej zorganizowanej przez Cannabis House. Ale na razie się powstrzymam, sprawdziłem już GIF i chwilowo wystarczy.

Na tym skończę, nie chodzi mi o znalezienie jak największej liczby zastrzeżeń, lecz o ogólne pokazanie, co w moim odczuciu jest w tym projekcie nie tak: kilka razy różne osoby związane z CH przedstawiały plany jako rzeczywistość, zamiar jako fakt (w tym wypowiedź rzecznika Stowarzyszenia, o której napisałem niedawno). Może to być bardzo mylące, zwłaszcza dla młodych rozentuzjazmowanych ludzi, szczęśliwych, że wreszcie mogą sobie legalnie zapalić. Z tego, co mi wiadomo, to na razie jeszcze nie mogą i kto wie, kiedy będą mogli.

Co stwierdzam z nieukrywanym smutkiem.