Powrót eksperta

(No tak, nie jestem na bieżąco: program opisany poniżej został wyemitowany ponad rok temu. Ale w tekście nie zmieniam ani jednej literki. Jedyne, co się zmieni to może to, że na razie chyba  powstrzymam się z mejlem do TVN 🙂 ).

Kilka lat temu prawie żaden telewizyjny program o marihuanie nie mógł się obejść bez udziału p. Mariusza Jędrzejki, profesora Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. W związku z publiczną dyskusją na temat medycznej marihuany programów takich było sporo, więc Jędrzejko pojawiał się na wizji co i rusz. Jako ekspert od marihuany, żeby była jasność. (Występował już u mnie na blogu parę razy, np. tu i tu). Jednak od pewnego czasu Jędrzejki było zdecydowanie mniej (przynajmniej tak było w internetowych relacjach dotyczących tego, co się dzieje w telewizji – jako nietelewidz nie mam innych źródeł informacji). Ja tłumaczyłem to sobie legalizacją medycznej marihuany i naturalnym zgaśnięciem dyskusji na jej temat.

Ale cóż, widocznie szczęście nie może trwać wiecznie: Jędrzejko powrócił. W śniadaniówce TVN. Znów jako ekspert od m. in. marihuany. W programie wygłosił taką oto mądrość (od 5:14):

Nie ma żadnego związku z legalizacją marihuany a zmniejszeniem picia alkoholu, to są 2 zupełnie odrębne problemy. (…) Gdziekolwiek wprowadzono legalizację albo dekryminalizację marihuany, nie zmniejszyło się picie alkoholu.

A jak jest naprawdę? Rzućmy okiem na pewne poważne amerykańskie badanie z 2017. Po analizie sytuacji w stanach, gdzie marihuana jest legalna w zastosowaniach medycznych i w stanach sąsiednich naukowcy doszli do wniosku, że skutkiem legalizacji marihuany jest kilkunastoprocentowy spadek konsumpcji alkoholu. Jeden ze współautorów pracy wyraził to dobitnie w wypowiedzi dla prasy: “Our findings clearly show that these two substances act as strong substitutes in the marketplace,” Chong said. “This implies that rather than exacerbating the consequences of alcohol consumption—such as an increase in addiction, car accidents or disease risk—legalizing cannabis may temper them.” (Streszczenie wypowiedzi: marihuana i alkohol są dla siebie na rynku silnymi substytutami…)

Z innego opracowania wynika, że efekt substytucji alkohol → marihuana może być jeszcze większy i przekraczać 20%.

Z wpływu marihuany na rynek napojów wyskokowych zdają sobie sprawę również ich producenci: „…cannabis adoption is certainly growing in states where it’s legal and does pose a risk to the beverage alcohol industry in the future” (zob. też ten artykuł). Nie zdaje sobie jednak z tego sprawy czołowy telewizyjny ekspert od marihuany. Mam w tej chwili ciekawsze rzeczy na głowie, ale może poświęcę parę minut na mejla do TVN z apelem, żeby jednak poszukali lepszego eksperta, bo przecież ile można…

PS
Mestosław mówi, że od rozmówcy dostał książkę z dedykacją. Ciekaw jestem, czy to ten tytuł: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/309940/marihuana-fakty-marihuana-mity. Bo jeżeli tak, to ostrzegam, że w środku jest taka masa przekłamań, przeinaczeń i błędów, że ręce opadają. Może kiedyś znajdę chwilę, żeby to zmieścić w jakiejś skoncentrowanej formie i opublikować ku przestrodze czytelników.

PPS
P. Jędrzejko jest uważany za eksperta od marihuany także w publicznej. A przynajmniej był w epoce przedkurskiej. No to proszę: http://www.plotek.pl/plotek/1,78649,11817139,Gosc_do_Szulim__Pani_LZE__PALI_Pani_MARIHUANE_OD_15.html. (Zalinkowany w tym artykule zapis programu nie działa, ale można go obejrzeć tutaj).

Twierdza Bydgoszcz

Niewiele brakowało, aby w moim mieście odbyła się Sodoma i Gomora. Na Boskim Festiwalu mieli propagować marychułanę, a kto wie, jaką jeszcze inną narkomanię.

Na szczęście czujni pracownicy Urzędu Miasta wykryli podstęp i organizatorom jasno dali do zrozumienia (a organizatorzy jasno zrozumieli), że jeżeli do tej Sodomy i Gomory dojdzie, to organizatorzy mogą zapomnieć o miejskim dofinansowaniu.

Jeżeli ktoś się zastanawiał, czy na tego Boskiego iść, to pozytywny przekaz jest taki: „Iść. Jest bezpiecznie. ORMO czuwa!”.

EDIT:
Powyższe dość gorzkie słowa pod adresem Urzędu Miasta napisałem wczoraj na podstawie informacji, która okazała się nieprecyzyjna. Poproszono mnie o sprostowanie i prostuję z dużą ochotą, bo kiepsko mi było z myślą, że moje miasto jest takie zachowawcze. A tu się okazuje, że skasowanie panelu nie miało (podobno – dopisuję z ostrożności, żeby nie sparzyć się ponownie) nic wspólnego z jego zamierzoną tematyką, lecz wynikło z niedopełnienia przez organizatorów pewnych warunków natury formalnej. Jak domniemywam, panel o dowolnej innej tematyce też wymagałby dopełnienia tych warunków – i prawdopodobnie też zostałby odwołany. Czyli (podobno…) zdecydowała nie treść, lecz formalności.

A zatem: niniejszym odszczekuję i przepraszam wszystkich za niezamierzone wprowadzenie w błąd.

 

Ekspert ma głos

Na portalu dla farmaceutów opublikowano tekst pod zachęcającym tytułem Ekspert o różnicy między marihuaną – narkotykiem a marihuaną leczniczą. Nasz wskaźnik ekspertów od medycznej marihuany na 100 tysięcy mieszkańców coraz bardziej rośnie, ale to bardzo dobrze, ta akurat wiedza powinna być jak najszersza, więc każdy nowy ekspert cieszy. Ten konkretny artykuł to wynik jakiejś formy współpracy pomiędzy portalem i firmą J.S. Hamilton, a konkretnie wymienioną z nazwiska jej dyrektor Branży Badań Farmaceutyków. Nie wiem, ile portal dodał od siebie, więc na wszelki wypadek (pewien mój znajomy powiedziałby: „z ostrożności procesowej”) o zbiorczym autorze napiszę per „ekspert”. Sam tego chciał…

Zostawię w spokoju szereg występujących w tekście nieprecyzyjności, a błędy językowe („Olej, który toczono z nasion”, „Olej, który (…) używano”, „Surowiec konopi medycznej„) jedynie wymienię, nie będę się nad ekspertem pastwił.

Jest jednak kilka stwierdzeń zdecydowanie wymagających zacytowania i obśmiania, bo są to głupoty, które nieznającego tematu czytelnika najzwyczajniej wprowadzają w błąd.

Liście Cannabis, narkotycznej, nieprzebadanej marihuany wyglądają bardzo niewinnie, jednak ich skład nie opiera się tylko na naturalnych składnikach. Głównym składnikiem tej marihuany jest THC, czyli tetrahydrokannabinol, który ma działanie psychoaktywne.

Czy dobrze rozumiem eksperta, że THC nie jest składnikiem naturalnym? No i jeszcze jedno: czy tylko ja odnoszę wrażenie, że marihuanowy ekspert jest przekonany, iż najbardziej użyteczną częścią „narkotycznej, nieprzebadanej marihuany” są liście?

Zażyte zioło w bardzo szybkim tempie zaczyna oddziaływać na nasz mózg. Zaczynamy odczuwać euforię, uczucie relaksu, występują również zaburzenia percepcji, mamy zwiększone łaknienie. Wszystkie te działania marihuany mogą wywołać zagrażające życiu skutki.

Fakt, cmentarze są pełne ludzi, którzy po zażyciu zioła zarelaksowali się na śmierć albo w stanie kompletnej euforii przeżarli się – również ze skutkiem śmiertelnym.

Zdarza się, że ludzie zaczynają traktować okna jak drzwi lub też wydaje im się, że potrafią latać, co w efekcie może doprowadzić do samobójstwa.

Cud, proszę państwa, cud! Zmartwychwstał amerykański lekarz, który w latach 30. ubiegłego wieku pod przysięgą zeznał w sądzie, że po dwukrotnym zaciągnięciu się marihuaną czuł, że zamienia się w nietoperza i lata po pokoju, aż w końcu wpada do wielkiego kałamarza. (A może to nie zmartwychwstanie, lecz reinkarnacja…?)

Najczęstszym skutkiem palenia marihuany jest wystąpienie u człowieka, który ją zażył, tak silnej psychozy, że będzie on wymagał pobytu na oddziale psychiatrycznym. Częste zażywanie marihuany może też doprowadzić do powstania tzw. zespołu amotywacyjnego, który charakteryzuje się znacznym upośledzeniem pamięci i czynności poznawczych, brakiem koncentracji, apatią i otępieniem oraz brakiem zainteresowania swoim wyglądem i osiąganiem różnych celów. Zażywanie marihuany bardzo często doprowadza do uzależnienia psychicznego.

Zarówno o psychozie, jak i o zespole amotywacyjnym napisałem w książce Odkłamywanie marihuany, do której odsyłam zainteresowanych. Tam również można poczytać więcej o lekarzu-nietoperzu.

Jeżeli celem listu pani dyrektor do portalu było piarowe zwrócenie uwagi czytelników na firmę przeprowadzającą analizy chemiczne, to moim zdaniem udało się. Ale czy dzięki temu firma będzie teraz postrzegana jako znający się na marihuanie fachowiec? No cóż, raczej niekoniecznie…

Niby drobiazgi, ale…

Ach, ciężkie jest życie nas, perfekcjonistów. Zamiast koncentrować się całkowicie na przekazie, zwracamy uwagę na szczegóły, wychwytujemy błędy i się zżymamy. (Na szczęście przekaz też dochodzi – przynajmniej u mnie…)

Przykład: ten artykuł. Poważny i niezbyt długi, fajnie by było przeczytać go bez zżymania się. Ale nie, nie da się, dbałość o szczegóły to zanikająca cecha, zwłaszcza w internecie:

1. „obecny rynek europejski CBD, który już teraz ma wartość 318 miliardów dolarów” – nie, według raportu wycena tego rynku jest tysiąckrotnie niższa – 318 milionów (jeżeli ktoś mi nie wierzy, niech sam sprawdzi w przywoływanym w artykule raporcie Brightfield; 318 miliardów USD to z gruba połowa PKB Polski – mimo intensywnego rozwoju rynku CBD to jednak jeszcze nie ten etap);

2. „Stwierdził dyrektor Brightfield, Bethany Gomez” – Bethany to imię żeńskie, co łatwo sprawdzić np. tu;

3. „Oczywiście Niemcy, UK i Szwajcaria to tylko trzy kraje na mapie UE” – jak się okazuje, można być na mapie UE nie będąc członkiem UE. (Linka do listy aktualnych członków Unii nie podaję, zainteresowanych zachęcam do własnych poszukiwań).

No, trochę mi ulżyło, ale nie liczę, że to wiele zmieni w kwestii jakości tekstów publikowanych w Sieci… 😉

Marihuanowe ABC

Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. To wspomnienie pewnej znanej piosenki wiele razy towarzyszyło mi przy lekturze tekstów poświęconych marihuanie. W sumie fajnie, że jest ich coraz więcej, ale czasem lektura powoduje mniejszy lub większy dyskomfort. Jeżeli mniejszy, to można machnąć ręką. Jeżeli większy, to impuls, by inkryminowany tekst obśmiać, jest na tyle duży, że frustracja znajduje ujście na tym właśnie blogu.

Portal ABC Zdrowie piórem Kornelii Ramusiewicz (złośliwie podejrzewam, że specjalistki od wszystkiego, co jej zostanie zlecone przez naczalstwo) wypowiedział się na temat leczniczych właściwości marihuany. Cieszy mnie, że ten temat jest podejmowany, ale… Ale jeśli mogę prosić, kochane ABC (i wszyscy inni), zanim wyślecie dzieło w świat, zapytajcie kogoś choćby trochę znającego się na rzeczy, czy tekst ten jest babol-free. Bo ten, który niedawno przeczytałem, na pewno taki nie jest. Nie będę się nad nim pastwił, moja perwersyjna satysfakcja zostanie zaspokojona samym zacytowaniem fragmentu udowadniającego ponad wszelką wątpliwość, że autorka o marihuanie nie ma bladego pojęcia (wyróżnienie moje):

Amerykańscy naukowcy udowodnili tezę, że naturalnie występujące w THC endokannabinoidy są w stanie uleczyć choroby neurodegradacyjne (…)

Młodzi teraz piszą na fejsbukach: jprdl…

Baza wiedzy

Od pewnego czasu obserwuję, jak coraz szerszą ławą wylewa się na nas wiedza o konopiach i marihuanie. Z internetu, z prasy i czasopism, z małego ekranu. To dobrze, bo jest to wiedza, która powinna być powszechna. Niestety, często odbywa się to na zasadzie „Śpiewać każdy może„. Słuchając mnożących się specjalistów można dowiedzieć się ciekawych rzeczy.

Na przykład tego, jaki jest główny składnik marihuany.

Albo tego, dzięki jakiemu układowi marihuana na nas działa.

Neospecjaliści od marihuany wnoszą swój twórczy wkład nie tylko do wiedzy konopnej. Przykład: niejeden neurolog będzie wdzięczny za nieznaną mu dotąd informację, że receptory to to samo, co neuroprzekaźniki.

Zwykle ta nowa wiedza jest raczej nieszkodliwa, co najwyżej kształcą się zastępy internetowych dyskutantów, gotowych stawać w szranki do dyskusji z osobami czerpiącymi swoje wiadomości z innych źródeł. Niestety, czasem może się okazać, że nowa wiedza ma realny (niekoniecznie korzystny) wpływ na nasze życie. Ot, choćby na życie kogoś, kto beztrosko sobie chluśnie niepsychoaktywnego oleju z konopi.

Na koniec akcent pozytywny: pocieszające jest to, że neowiedza jest wszechobecna, dotyczy praktycznie wszystkich dziedzin, więc ludzie z coraz większą ostrożnością i sceptycyzmem podchodzą do tego, co czytają i oglądają.

Bo podchodzą, prawda…?

Karon, Karon über alles

I można tutaj zorganizować 100 tysięcy konferencji wszystkich najważniejszych autorytetów naukowych z całego świata, oni sobie mogą gadać, a ja i tak i tak będę powtarzał swoje.

Powiedział pan Karoń. No, to tytuł niniejszego wpisu mamy wyjaśniony.

Jeśli ktoś ma ochotę, niech posłucha kawałek dalej, bo będzie też element jawnie humorystyczny:

Mogę państwa zapewnić, że właśnie ze względu na znaczenie tego problemu obczytałem się tak, że jak będę zmuszony, to będę jechał taką fachową terminologią, że ci wszyscy udawacze to trochę się zastanowią nad tym, co gadają.

Faktycznie, braki terminologiczne u p. Karonia były spore (patrz tu). Zastanawiam się – i proszę wszystkich o pomoc: jak by można zmusić Karonia, żeby pojechał fachową terminologią, co?

PS
Gdy już porzuca kwestie marihuany i, via Owsiak i neomarksizm, przechodzi do naszych spraw bieżących, Karoń mówi całkiem rozsądnie (na ile jestem w stanie to ocenić). Jeśli kogoś to interesuje (i wytrzymuje rozwlekłość wywodu i permanentne splątywanie wątków), zachęcam do wysłuchania. Ale w sprawie medycznej marihuany, mimo deklarowanego przez mówcę obczytania, jednak radzę czerpać z innych, bardziej wiarygodnych źródeł.

Głos aptekarza

W odróżnieniu od polskich lekarzy, farmaceuci wydają się być zdecydowanie otwarci na medycznie stosowaną marihuanę. Dlatego z zainteresowaniem przystąpiłem do lektury rozmowy z jednym z członków Naczelnej Rady Aptekarskiej. Już ponad rok temu wypowiadał się na ten temat, założyłem więc, że się zna. No i faktycznie, mówi rozsądnie, ale… Oto moje trzy uwagi:

… leczenie migreny medycznymi konopiami – szczerze przyznam – może gdzieś jest spotykane, ale ja się z tym nigdy nie spotkałem.

Upsss. Uporczywe, słabo reagujące na farmaceutyki migreny są u wielu chorych bardzo skutecznie leczone przy pomocy marihuany. Co ciekawe, w wielu przypadkach potrzebne są bardzo niewielkie jej ilości (słyszałem o przypadku kobiety, u której 2-3-krotne zaciągnięcie się eliminowało objawy choroby na kilka dni).

Czy ten specyfik będzie odurzający? Proporcje będą następujące THC 19 proc. +/- 10 proc., CBD<1 proc. Z tego, co mi wiadomo, te proporcje są nieatrakcyjne dla osób, które chcą używać tego specyfiku w sposób rekreacyjny

Nie wiem, co pan magister rozumie tutaj przez atrakcyjność, ale takie zioło „kopa” daje bez żadnych wątpliwości. Niska zawartość CBD może jednak powodować, że nie wszystkim taki „kop” będzie smakował. Badania ankietowe prowadzone w holenderskich coffeeshopach pokazały, że największym powodzeniem wcale nie cieszy się tam marihuana najsilniej kopiąca: ulubione odmiany są silne dzięki wysokiej zawartości THC, ale mają też kilka procent CBD.

Jedna dawka zalecana przez lekarza to około 0,25 g suszu.

Zdecydowanie nie! Nie istnieje jedna zalecana dawka, odpowiednia dla każdej osoby i na każdą chorobę. Rozrzut jest tu bardzo duży: niektórym może wystarczyć 0,1 grama, inni mogą potrzebować nawet ponad 1 gram dziennie.

Religia a MMJ

Pół roku temu opublikowałem wpis wyjaśniający dlaczego, moim zdaniem, księża powinni bardzo wstrzemięźliwie wypowiadać się na temat marihuany. Tu dorzucę jeszcze garść uwag związanych z tym tematem.

1.
Jakiś czas temu zasugerowałem Telewizji Trwam/Radiu Maryja audycję na temat medycznej marihuany. Było to krótko po tym, jak w długiej, ciekawej audycji w mediach tych wystąpiła Justyna Socha ze StopNOP. Myślałem, że ojcowie, idąc pod prąd oficjalnej retoryki „szczepionki to najlepsze, co może się wydarzyć naszym dzieciom”, dają sygnał, że utarte szlaki nie są dla nich obowiązujące, że są otwarci na różne punkty widzenia, jeżeli odejście od oficjalnej linii możne oznaczać dla chorych ulgę w cierpieniu. Jeśli chodzi o medyczną marihuanę, to nie są. (Kiedyś w toruńskiej rozgłośni pewna pani doktor wygłosiła o medycznej marihuanie pogadankę tyle krytyczną, co słabą merytorycznie. Gdzieś słyszałem komentarz, że pani doktor jest bliską znajomą ojca założyciela. Gdyby te dwie rzeczy miały jakikolwiek związek, to zastanawiam się, czy jest jeszcze w Polsce miejsce wolne od wpływu znajomości…)

Dziś mamy ustawę zezwalającą na medyczny użytek marihuany, ale chorzy są dokładnie w tym samym miejscu, co parę lat temu. Propozycję zorganizowania audycji o medycznej marihuanie ponowiłem przed kilkoma miesiącami, głuche milczenie było mi odpowiedzią.

2.
W 2016 gubernator stanu New Jersey (nazywający się, nomen omen, Christie) stwierdził, że nie dopuści do zaproponowanego przez stanowy parlament rozszerzenia katalogu chorób, w których wolno przepisywać medyczną marihuanę. W szczególności nie spodobał mu się pomysł, by zioło przepisywać kobietom cierpiącym na bóle menstruacyjne. Uzasadnienie? – bo „Bóg chciał, żeby tak właśnie było„. Czyli żeby niektóre kobiety bardzo bolało. I że „nie będzie zmiany boskich planów„, bo przecież to Bóg „zesłał na kobiety bóle miesiączkowe„.

Zastanawiam się, czy jak zachoruje dzieciak pana gubernatora, to czy idzie z nim do lekarza. Bo jeśli idzie, to postępuje wyjątkowo nielogicznie i obłudnie: choroba dziecka także przecież musiała być zesłana przez Boga i jakakolwiek porada lekarska jest jawną ingerencją w boski plan.

3.
Gdyby kogoś to interesowało, to z homeopatii też należy się wyspowiadać.

4.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego Kościół wypowiada się na te czy inne tematy dość mocno oddalone, wydawałoby się, od kwestii wiary, możemy znaleźć tutaj.

5.
I na koniec, bez dodatkowego komentarza, ekumeniczny dymek.