Pisać każdy może

Ty, Maciek, na ruskiej poezji się znasz, o różnych rzeczach już pisałeś, to o medycznej marihuanie nie machniesz?No i machnął.

Przedtem trochę poguglował, dla uwiarygodnienia siebie jako znawcy tematu znalazł sobie w Sieci zagraniczną nazwę Sativex – miał pecha, bo trafił na źródło, które jak i on niespecjalnie się orientuje i powielił za nim błędną informację o refundacji Sativexu.

Posłuchał też wypowiedzi wierchuszki Ministerstwa Zdrowia (czyżby v-min. Łanda na ostatnim posiedzeniu Komisji Zdrowia?). Niestety, tu też nie lepiej. To właśnie MZ jest głównym bojownikiem na froncie walki z tezą, że medyczna marihuana („Maciek, nie zapomnij napisać ‚tzw. medyczna marihuana’„) jest panaceum, czyli lekiem na całe zło. Rzecz w tym, że nikt rozsądny walczący o legalizację medycznych zastosowań marihuany nie twierdzi, że ona jest panaceum. To typowy zabieg polemiczny stosowany wtedy, gdy nie ma się argumentów: włożyć w usta oponenta twierdzenie, którego on nigdy nie postawił, a potem dzielnie je obalać. Robi tak MZ, powtarzają za nim osoby nie wiedzieć czemu uważające, że MZ jest autorytetem w sprawach dotyczących zdrowia.

Również „ze źródeł zbliżonych do MZ”, jak przypuszczam, wie autor omawianego tekstu, że medyczna marihuana (tak zwana) to ściema, bo bardzo rzadko przepisują ją polscy lekarze, a przecież gdyby była ona cokolwiek terapeutycznie warta, toby ją przepisywali obiema rękoma – tak jak to robią z farmaceutykami. Żeby obalić ten pozornie logiczny argument trzeba choćby w przybliżeniu wiedzieć, w jakim wymiarze na polskich uczelniach medycznych uczy się studentów o leczniczych właściwościach marihuany (i jakichkolwiek innych roślin). Dobrze jest też znać zawodowe losy dr. Marka Bachańskiego, który mimo wszystko odważył się użyć marihuany w terapii (z bardzo dobrym skutkiem, ale to akurat jest najmniej istotne – przynajmniej dla jego byłego pracodawcy).

Najfajniejsza jest teza główna artykułu, którą zawiera pierwsze zdanie leadu: „Zamiast dyskusji – szantaż emocjonalny”. Informowanie, że setki tysięcy ludzi (w tym dziesiątki tysięcy dzieci) niepotrzebnie cierpią jest szantażem emocjonalnym. Przekazany telefonicznie z Nowogrodzkiej prikaz „nie – bo nie” jest merytoryczną dyskusją.

Pan minister mówi ludzkim głosem

Mówi pan Radziwiłł:

(…) w formacji, jaką reprezentuję, jest takie głębokie przekonanie, że jeśli marihuana może być stosowana w medycynie, to należy ją udostępnić pacjentom w sposób najkorzystniejszy dla nich, najwygodniejszy, najbardziej prosty…

Już miałem napisać: „Co za łgarz!”. Ale chwilę pomyślałem i stwierdziłem, że on ma rację. Przecież mówi, że „jeśli może być stosowana„, a powszechnie wiadomo, że nie ma badań, co oznacza, że stosowana być nie może. Czyli: jego formacja jest jak najbardziej za tym, żeby chorym przychylić nieba, ale najzwyczajniej w świecie się nie da. Ku jego ogromnemu strapieniu, które, jeśli się dobrze przyjrzeć, da się nawet dostrzec na ministerskim obliczu…

Jeszcze jedna dyskusja

Nie wiem, co o tym sądzić: http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/medyczna-marihuana-debata-kobiet-w-tvn24-bis,688658.html Bo niby dyskusja konkretna i rzeczowa. Ale…

W dyskusji o medycznej marihuanie oczywiście nie mogło zabraknąć Monaru, no bo jak: rozmawiać o ciężkim (śmiertelnym!) narkotyku bez Monaru?

Pani terapeutka dziwnie mocno entuzjastyczna. Ale nie, nie zdążyłem się jeszcze za bardzo zadziwić, a tu wszystko wraca we właściwe koleiny: pani terapeutka ostrzega przez używaniem marihuany przez nieletnich. Stwierdzenie całkowicie słuszne, ale zupełnie niepasujące do tej konkretnej rozmowy. Ni przypiął, ni przyłatał. No, ale to jednak zrozumiałe: ciągnie wilka do lasu.

I jeszcze jeden babol pani terapeutki: według niej sprawa MM ruszyła wtedy, gdy pojawiła się ludzka twarz – twarz p. Kality. Faktycznie, gdy prokurator postawił zarzuty chcącemu pomóc choremu ojcu Kubie Gajewskiemu, ludzkiej twarzy nie było. Gdy 15 lat zaczęło grozić także państwu Dołeckim, też widocznie obecności twarzy nie stwierdzono. Dopiero musiał przyjść Kalita, żeby dać twarz. Pani terapeutka ma chyba kiepski software do wykrywania ludzkich twarzy.

Pan Minister Konstanty Radziwiłł – pytanie o medyczną marihuanę

Szanowny Panie Ministrze!

W swoim niedawnym wystąpieniu poświęconym medycznym zastosowaniom marihuany powiedział Pan o niej, że jest „śmiertelnie niebezpieczna”.

Ponieważ wypowiedź miała miejsce w otoczeniu jednoznacznie sugerującym, że nie wypowiadał się Pan jako obywatel Konstanty Radziwiłł (który jak każdy z nas ma prawo do prywatnych opinii), lecz jako minister Konstanty Radziwiłł, należy wnosić, że przedstawił Pan oficjalne stanowisko kierowanego przez siebie resortu. Będzie ono miało wpływ na losy setek tysięcy chorych Polaków. Bez wątpienia ważne jest, byśmy my, obywatele, rozumieli, dlaczego podejmowane są takie a nie inne decyzje dotyczące tego, co mamy najcenniejszego: naszego zdrowia.

Słowo „śmiertelny” znaczy, według internetowej wersji Słownika języka polskiego PWN (http://sjp.pwn.pl/sjp/smiertelny-I;2527914.html) „taki, który spowodował lub może spowodować śmierć„. Pańskie stwierdzenie o śmiertelnym niebezpieczeństwie powodowanym przez marihuanę usłyszały miliony osób, w tym bardzo wielu lekarzy. Powinni oni wszyscy być przekonani, że usłyszeli prawdę, że rzeczywiście broni nas Pan przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Dlatego bardzo proszę o przesłanie mi informacji o przynajmniej kilku przypadkach (zadowolę się trzema-czterema) oficjalnego stwierdzenia zgonu wskutek zażycia marihuany. Proszę Pana o podanie źródeł Pańskiego stwierdzenia, gdyż stoi ono w sprzeczności z (błędnymi, jak rozumiem) przekonaniami naukowców i lekarzy z innych krajów, twierdzącymi, że marihuana jest dla człowieka względnie nietoksyczna, a na pewno nie śmiertelna. Domyślam się jednak, że wie Pan coś, czego nie wiedzą oni. Ze swojej strony pragnę zapewnić, że postaram się informację tę jak najszerzej rozpropagować, bo wiem, że niesłuszne przekonanie o nietoksyczności marihuany jest dość szeroko rozpowszechnione również w polskim społeczeństwie.

Z poważaniem
Bogdan Jot

Dobry dil

Będzie o tym: „Marihuana rujnuje mózg i ciało„.

Takich tekstów są w Sieci setki. W zasadzie szkoda na nie czasu, ale w niektórych jest coś, co przyciąga uwagę. W tym tekście zastanowił mnie… nie, nie kompletny brak wiedzy autora na temat marihuany. To znaczy: to też wychodzi, jak najbardziej. Na przykład: „Są kraje, takie jak liberalna Holandia, które sprzeciwiają się legalizacji tego „dobrodziejstwa”” – fakt, w Holandii marycha formalnie legalna nie jest, ale żeby był to kraj modelowego sprzeciwiania się jej, to chyba jednak też nie. Albo ta perełka: „Większość skutków THC dzieje się w mózgu, gdzie substancje chemicznych reagują z receptorami w komórkach mózgu zwanymi cannibinoid„.

Tu zrobiło się ciekawie: po przeczytaniu tego ostatniego zdania zacząłem podejrzewać, że mamy do czynienia z amerykańskim tekstem przetłumaczonym przez Google Translatora i dość niestarannie wygładzonym przez autora wersji polskiej. (Chyba amerykańskim, bo w tekście podane są ceny papierosów w dolarach i centach, a nie sądzę, żeby autorem artykułu był rodak pamiętający czasy Pewexu.) Moje podejrzenia umacniają się, gdy widzę inne lapsusy językowe, których Polak raczej by nie popełnił (choć spolszczacz owszem, mógł prześlepić): „wydalanie dopaminy” (zamiast wydzielanie), „około między 20 a 30 procent”, „susza w ustach” (zamiast suchość). No i to zdanie, równie piękne jak tamto o „komórkach mózgu zwanych cannibinoid”: „THC, główna aktywna substancja chemiczna w marihuanie, jak wykazano w badaniach, powoduje przerwanie później fazy snu REM, która jest najbardziej istotne dla odczucie że ciało po przebudzeniu czuje się zrelaksowane„.

Ale głównym powodem, dla którego zaraz po lekturze nie zamknąłem tego pożal się Boże artykułu, jest występujący w nim argument przeciwko legalizacji. Argument bardzo ciekawy – oto on:

Legalizacja marihuany nie poprawia sytuacji zagrożenia narkotykami a mafia która traci w ten sposób dochody już szuka możliwości kompensacji strat i sytuacja staje się groźniejsza niż była.

Innymi słowy: nielegalność marihuany jest dla nas dobra, bo mafia zarabia na marihuanie, dzięki czemu nie robi gorszych rzeczy.

No tak, na pierwszy rzut oka argument rozsądny. Ale rzućmy okiem jeszcze raz… Po pierwsze, czy naprawdę mamy wierzyć, że świat przestępczy zadowala się obecnie marihuaną i nie szuka innych możliwości? Really? Po drugie, we wspomnianej Holandii czy w wielu amerykańskich stanach bardzo zliberalizowano podejście do marihuany i jakoś nie nastąpiło tam żadne pandemonium spowodowane chęcią powetowania sobie przez tamtejszy świat przestępczy strat na maryśce. I po trzecie: wedle tej teorii, pozwalając, by mafia bogaciła się na handlu tą straszną marihuaną, uzyskujemy jakieś tam korzyści społeczne. Ale cena za nie jest wysoka, bo do ludzi trafiają spore ilości narkotyku. Zróbmy zatem jedyne logiczne w tej sytuacji posunięcie: umówmy się z przestępcami, że oni nie będą handlować marihuaną, a my im za to będziemy płacić coś w rodzaju „odszkodowania” za utracone zarobki. Dobry dil, czyż nie?

Dil-TAK

Eliza publikuj

Osobom interesującym się tematem medycznej marihuany znana jest zapewne barwna i kontrowersyjna postać Elizy Walczak. Ten tekst nie jest poświęcony jej samej, lecz pewnemu twierdzeniu, które od dłuższego czasu publicznie prezentuje.

EW używa marihuany w celach terapeutycznych (to żadne plotki, wiem o tym z jej własnych publicznych wypowiedzi). Kilka lat temu miała wpadkę, której konsekwencją był proces sądowy za posiadanie „znacznych ilości”. Po procesie EW nie poszła do więzienia. Rozważając rzecz teoretycznie, mogła zajść jedna z dwóch sytuacji: 1) EW nie poszła do więzienia, bo została uniewinniona, lub 2) EW nie poszła do więzienia pomimo że nie została uniewinniona (warunkowe umorzenie / wyrok w zawieszeniu / wyrok skazujący na karę inną niż pozbawienie wolności). Różnica jest zasadnicza: w pierwszym przypadku sąd stwierdził, że nie było naruszenia prawa (czyli: posiadanie marihuany przez pacjentów jest legalne). W drugim, że prawo zostało naruszone (a więc posiadanie legalne nie jest), ale okoliczności nie uzasadniały orzeczenia kary pozbawienia wolności.

Polscy chorzy chcący się leczyć marihuaną otrzymują sprzeczne komunikaty. Z jednej strony jest EW twierdząca, że posiadanie marihuany na potrzeby lecznicze jest legalne, bo przecież ona miała, a jej nie zamknęli. Z drugiej strony jest Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, która zakazem posiadania obejmuje wszystkie przypadki, nie robiąc wyjątków dla posiadania w celach leczniczych. (Pojawiające się co jakiś czas informacje o skazaniu posiadających lub uprawiających na własne potrzeby pacjentów zdają się być tu potwierdzeniem.) No, ale przecież jej nie skazali, więc…?

Jest bardzo proste rozwiązanie: EW powinna opublikować swój wyrok. Nie jest to wcale taki niezwykły pomysł, już sporo razy widziałem, jak ludzie po zamazaniu danych wrażliwych udostępniali w Sieci swoje wyroki. Żeby zaszpanować, żeby prosić o pomoc w przygotowaniu apelacji, żeby wyśmiać jakieś niezręczne sformułowanie użyte przez sąd. A tutaj powód byłby bardzo zacny: gdyby faktycznie, jak twierdzi EW, w jej sprawie zapadł wyrok uniewinniający (a więc posiadanie przez chorych jest legalne), jaka fantastyczna byłaby to pomoc dla tych, którzy już mają, albo potencjalnie mogą mieć, konflikt z prawem. Nieważne, że nie obowiązuje u nas precedens sądowy: byłby to wspaniały punkt wyjścia dla adwokatów kolejnych nieszczęśników, którzy wpadli z lekiem. A przecież EW zawsze twierdziła, że chodzi jej o dobro pacjentów. Ja kilka razy usiłowałem namówić ją na pokazanie wyroku, ale, mówiąc językiem dyplomatycznym, moje propozycje nie spotykały się ze zrozumieniem. I powiem szczerze: zaczynam podejrzewać, że ten opór może oznaczać, że jednak uniewinnienia nie było, a więc twierdzenia EW o legalności posiadania na potrzeby medyczne są psu na budę.

I na koniec wyjaśnienie. Na punkcie EW nie mam żadnej obsesji, nie uważam jej też za swojego wroga. Moje zainteresowanie wyrokiem i naleganie na jego publikację bierze się wyłącznie stąd, że głoszoną przez EW tezę uważam za fałszywą, a co ważniejsze: społecznie szkodliwą. Myślę, że to będzie ostatnia próba z mojej strony (bo ile można, jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia). Ale właśnie dlatego, że nie zamierzam już wracać do tej sprawy, chciałem możliwie szczegółowo przedstawić mój punkt widzenia i moje argumenty.

A zatem ponawiam apel:

Eliza_publikuj

Ludzki prezydent

W amerykańskim internecie natknąłem się na artykuł mówiący o tym, że prezydent Obama właśnie ułaskawił 22 osoby skazane za posiadanie bądź uprawę marychy. A wcześniej ułaskawił jeszcze inne.

To na pierwszy rzut oka dobra, optymistyczna wiadomość. Na drugi jednak chyba nie za bardzo. Bo jaki sens ma utrzymywanie prawa, na mocy którego sądy masowo skazują ludzi na więzienie, a potem prezydent masowo (no, nie tak masowo, ale jednak) ułaskawia?

Czy od stwierdzenia „mamy rozsądnego prezydenta” nie byłoby o wiele lepsze stwierdzenie „mamy rozsądne prawo”…?

Powyższa uwaga dotyczy nie tylko Stanów Zjednoczonych.

Temat trochę gówniany, ale poważny

Pozwalam sobie przytoczyć obszerny fragment rozmowy na temat pewnej procedury medycznej – lekko kontrowersyjnej i niebędącej częścią oficjalnie praktykowanej medycyny, ale jednak legalnej. (Wyróżnienie na końcu moje.)

Nie boi się pan, że w tym „koktajlu” są substancje szkodliwe? Takie, których nie można przebadać? Kał to końcowy produkt przemiany materii. Coś, czego się pozbywamy.

– To jest jedyny argument, z którym trudno mi walczyć. I koronny argument przeciwników stosowania tej metody. Mówią, że zaczną tak leczyć ludzi, jeśli dokładnie będzie wiadomo, co się znajduje w podawanym materiale. Jakie bakterie, wirusy, związki, cząsteczki. Trwają badania próbujące określić, jakich bakterii w zdrowym kale jest najwięcej i które odpowiadają za dobrostan jelit. (…)

Nie mamy za dużego pojęcia o relacjach, jakie zachodzą w jelitach między mikroorganizmami oraz między nimi a naszymi komórkami. To wciąż mało zbadany świat. Dlatego chwytamy się przeszczepiania kału „na żywca” ze wszystkim. Bo liczy się nie tylko jeden gatunek bakterii, ale również ich środowisko, otoczenie. Dlatego probiotyki w kapsułkach nie działają w zakażeniach Clostridium.

Za tą metodą przemawia długoletnie doświadczenie. Od 60 lat nie ma żadnych publikacji, że w jakikolwiek sposób taki przeszczep szkodzi biorcy. Ponadto nie proponujemy go nikomu dla poprawienia urody, tylko po to, żeby go ratować. Bo przy takich dolegliwościach pacjentom żyć się czasem odechciewa.

Zapewne większość lekarzy zgadza się (mam nadzieję, że się zgadza) z argumentami dr. Grzesiowskiego: nie ma badań, nie bardzo rozumiemy, co tam się dzieje, ale są pozytywne wyniki i od dawna brak doniesień o szkodliwości. Więc jeżeli tak, to skąd opory przed zaakceptowaniem medycznych zastosowań marihuany? Zastąpcie sobie w tym fragmencie, drodzy lekarze, kał marihuaną, a bakterie kannabinoidami i otrzymacie piękny tekst pochwalny o medycznej marihuanie. Z którym się zgadzacie, prawda? Mam nadzieję, że się zgadzacie…

PS
Dr Paweł Grzesiowski kilkakrotnie w telewizjach śniadaniowych rozsądnie wypowiadał się na temat medycznych zastosowań marihuany. Zapewne nie jest to przypadek.

Psychoaktywny kannabidiol

Niedawno na innym blogu zamieściłem wiadomość, jaką wysłałem do Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Dotyczyła ona psychoaktywności kannabidiolu, o której GIS wspomniał w jednym ze swoich pism. Nie wiem, czy dostanę z urzędu jakiś komentarz. Niewykluczone, że nie, bo to nie było pytanie, lecz moja uwaga, więc obowiązku odpowiadania Inspektorat w tym wypadku chyba nie ma. (A nawet gdyby taki obowiązek był, to – jak się już przekonałem – władza nie zawsze się do niego stosuje. I co jej, obywatelu, zrobisz, hę?)

Wiedza GIS-u o psychoaktywności CBD pochodzi z książki wydanej w 2007 roku przez PZWL zatytułowanej „Fitoterapia i leki roślinne„. To praca zbiorowa pod redakcją Elizy Lamer-Zarawskiej. O konopiach mowa jest w części 4: „Toksykologia roślin leczniczych„, napisanej przez profesor Annę Długosz, toksykologa z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Moja uwaga przesłana do GIS-u dotyczyła tego oto fragmentu książki (str. 476/477, wyróżnienia moje):

Kanabinoidy o działaniu halucynogennym (kanabinole), obecne w konopiach, to: tetrahydrokanabinol (THC), kanabinol (CBN), kanabidiol (CBD), kwas kanabidiolowy (CBDA).

Nie podano, skąd pochodzą te informacje. (W ogóle cała książka jest mało udokumentowana: na 478 stron tekstu wymienia się raptem 35 źródeł.) Szkoda, bo w krótkim tekście jest jeszcze parę innych stwierdzeń, które bardziej niż do poważnej książki naukowej nadawałyby się do notatnika propagandysty. (Choć z drugiej strony trzeba przyznać, że to dość powszechnie spotykane opinie, wciąż mocno trzymające się w społecznej świadomości – między innymi dlatego, że są tak bezkrytycznie powielane w poważnych skądinąd pracach.) Przykłady:

→ Nałóg prowadzi do obniżenia intelektu i zaniku uczuć wyższych.
→ U młodych ludzi przewlekłe stosowanie może wywołać zespół apatyczno-abuliczny.
→ Ze względu na to, że dym powstający w wyniku spalania konopi jest bardzo toksyczny, nawet bardziej od dymu tytoniowego, istnieje zagrożenie chorobą nowotworową.

No i jeszcze te zdania, które świadczą o tym, że specjalista od toksykologii nie zawsze zna praktyczną stronę zagadnienia:

→ Najwięcej THC występuje w oleju haszyszowym (50% THC), następnie haszyszu (12%), podczas gdy marihuana zawiera tylko 2-6% THC.
→ Jedyną drogą przyjmowania konopi jest ich palenie.

Na końcu tego rozdziału książki znalazło się jednak jedno stwierdzenie, z którym zdecydowanie się zgadzam:

→ Nie opisano zgonów z powodu przedawkowania.

Dobre i to.

kanabinole