Zawsze coś…

Bardzo cenię p. Wojciecha Sumlińskiego za jego pracę i cieszę się, że – jak mówi – jego najnowsza książka jest bestsellerem. Na moim stosie książek-do-przeczytania-kiedyś jest jeden z jego wcześniejszych tytułów. Zachęcam do wysłuchania całego zalinkowanego tu wystąpienia.

Ale… nie ma ideałów, nawet Sumlińskiemu może zdarzyć się palnięcie babola. Niestety, w tym wypadku wyjątkowego babola. Bo oto dowiadujemy się, że

Miałbym ochotę dowiedzieć się, skąd p. Sumliński wziął tę informację, ale, z jednej strony, nie chcę mu zawracać gitary, i tak ma dość roboty z promocją książki, a z drugiej, nie mam wątpliwości, że jego źródłem jest nawiedzony były komisarz policji, który sam siebie przedstawia tak:

   – dyplomowany piwowar – certyfikat piwowara!
   – właściciel browaru domowego i sporej kolekcji birofiliów – pasjonat piwa 🙂
   – współwłaściciel winnicy domowej „La babcio”, degustator wina! 🙂

Wszystko jasne, babol usprawiedliwiony.

PS
Podaję dwa linki do moich wcześniejszych tekstów, które wydają mi się mocno a propos:
1. http://marihuanaleczy.pl/lustereczko-powiedz-przecie/
2. http://odklamywaniemarihuany.pl/wezcie-na-wstrzymanie-2/

Pani Gesslerowa jest „za” – mała uwaga

Rząd kanadyjski uznał marihuanę za legalne lekarstwo, które można kupić w aptece bez recepty (…) – mówi Gessler.

Mówi tu: https://www.se.pl/wiadomosci/gwiazdy/magda-gessler-zachwala-wlasciwosci-marihuany-trawa-jest-lepsza-od-papierosow-aa-As1R-9Co8-1vps.html

Moja mała uwaga jest taka: rząd kanadyjski uznał marihuanę za legalne lekarstwo osiemnaście lat temu. Warto o tym pamiętać. Jak również o tym, że Kanadyjczykom wolno uprawiać parę krzaczków na własne, potwierdzone przez lekarza, medyczne potrzeby.

Robię te uwagi, żeby ktoś przypadkiem nie pomyślał, że skoro u nich jest legalna i u nas jest legalna, to mamy tak samo jak w Kanadzie.

Naprawdę powszechna?

Taki fragment z portalu Rynek Zdrowia (wytłuszczenie moje):

„Eksperci wskazują, że wbrew powszechnej opinii nowe substancje psychoaktywne – tzw. dopalacze – w wielu przypadkach są znacznie bardziej niebezpiecznie niż „tradycyjne” narkotyki, zwłaszcza jeśli chodzi o leczenie zatrutych nimi pacjentów”.

Ciekawi mnie, gdzie autor tego tekstu przykłada ucho, żeby posłuchać powszechnej opinii, bo ta, z którą stykam się ja, od dawna wie, że szkodliwość substancji psychoaktywnych bierze się głównie z zanieczyszczeń znajdujących się w produktach oferowanych przez nielegalny rynek i z niehigienicznych warunków zażywania. Czysta marihuana czy heroina nie stanowi niebezpieczeństwa, w odróżnieniu od coraz to nowszych, uciekających przed kolejnymi nowelizacjami Uopn dopalaczy. (Oczywiście, czysta czy nie, jest u nas zakazana, więc nie namawiam.)

Wspominamy profesora

Ponad rok temu Facebookowy profil „MM – Medyczna Marihuana” pożegnał prof. Jerzego Vetulaniego. To znaczy… jakiego tam profesora Vetulaniego: pożegnał Jurka, swojego sojusznika w walce z „dyktaturą nieetycznych biznesików„.

 

Kto macza brudne paluchy w dyktaturze? No jak to: kto? – „Ziembianie i Gudańce” przecież.

 

Tak, profesor Vetulani to był bardzo fajny człowiek… Niestety, miał jedną wadę: czasami zadawał się z nieodpowiednimi osobami…

Weźcie na wstrzymanie (3)

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami zamieściłem na tym blogu dwa teksty pod tytułem „Weźcie na wstrzymanie” traktujące o tym, kto, moim zdaniem, powinien szczególnie wstrzemięźliwie wypowiadać się na temat marihuany i dlaczego tak uważam. (Dla młodszych czytelników oraz dla archeologów linki do tych tekstów: pierwszy, drugi.) W tamtych dawnych czasach zapowiedziałem, że będzie tekst trzeci mówiący o jeszcze jednej grupie zawodowej, której zdecydowanie zalecałbym wstrzemięźliwość. Z różnych względów długo to trwało, ale jednak się wywiązuję. Na cenzurowanym są tym razem duchowni.

Jak każdy inny obywatel, ksiądz ma prawo wypowiadać się publicznie na dowolny temat. Rzecz w tym, że z racji roli, jaką religia pełni w życiu wielu Polaków, wypowiedzi księży automatycznie nabierają wagi większej niż wypowiedzi przedstawicieli większości innych zawodów. Niektórzy do tego, co mówią księża, mogą wręcz podchodzić bezkrytycznie („skoro dobrodziej tak mówi, to tak musi być”).

Niestety, kwestie narkotyków (w tym alkoholu i marihuany) są bardziej złożone niż prosty podział na dobro i zło, i wypowiadanie się na ich temat wymaga pewnej wiedzy. Księża zwykle tej wiedzy nie mają, więc raczej powinni się tej tematyki wystrzegać, bo ich wypowiedzi mogą – wbrew intencjom mówiącego – przynieść więcej szkody niż pożytku.

Zacznę z grubej rury. Na temat marihuany wypowiedział się jego świątobliwość. W następujących słowach: Legalizacja tzw. miękkich narkotyków, nawet częściowa, nie tylko jest co najmniej wątpliwa na płaszczyźnie prawnej, ale też nie przynosi spodziewanych efektów. Nie wiem, jakich efektów oczekiwał papież i skąd wie, że ich nie ma, bo wystąpienie nie wyszło poza ogólniki (przynajmniej te jego fragmenty, które opublikowała Wyborcza. Jestem jednak dziwnie przekonany, że Franciszek-bez-numeru żadnych statystyk nie podał. Walnął natomiast mocno merytorycznym argumentem, że narkotyki są złem, a wobec zła nie ma kompromisów (mam nadzieję, że ta zasada dotyczy także np. pedofilów), a także że Stosowanie substytutów narkotyków nie stanowi leczenia zastępczego, lecz jest ukrytym poddaniem się w obliczu problemu (ciekawe, czy pan Franciszek słyszał kiedykolwiek o metadonie). Recepta? Najprostsza na świecie: „Nie” dla jakiegokolwiek typu narkotyków. Po prostu. „Nie” dla jakiegokolwiek typu narkotyków. Ale mówiąc „nie”, trzeba powiedzieć „tak” dla życia, „tak” dla miłości, „tak” dla innych, „tak” dla edukacji, „tak” dla pracy, „tak” dla większych możliwości pracy. Jakie pozytywne rozwiązanie wszystkich problemów… Czy widać już, dlaczego moim zdaniem księża jednak o marihuanie nie powinni mówić? To nie jest temat bla-bla, tu trzeba używać konkretów. (Bardzo proszę nie wypominać mi Wyborczej, Fronda mówi to samo: To niezwykle ważny i potrzebny dziś głos, który ujawnia zakłamanie zwolenników używek. Otóż nie, proszę Frondy, to ujawnia jedynie opinię pana papieża i otaczających go niefachowców.) Gotów jestem założyć się o moje świadectwo chrztu, że swoje zdanie o marihuanie papież i jego doradcy bardziej opierają na katechizmie niż na wynikach badań naukowych. Nie mam nic przeciw katechizmowi, ale – z tego, co pamiętam – o marihuanie było tam mało.

Kolejny głos specjalisty: Marihuana to nie to samo co papierosy i alkohol. Ona odkształca świadomość. No, ten to zapewne przeczytał kilka podręczników farmakologii i psychologii. Niestety, rozczarowanie: wiedza jego opiera się (przynajmniej takie źródła podaje Fronda) na tym, co mówił święty Paweł (jednak było to długo przed wejściem w życie Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii) oraz co zawarte jest w Mądrości Syracha (przepraszam, nawet nie sprawdzę, czy można to znaleźć w PubMedzie). A, przepraszam, jest jeszcze jedno źródło wiedzy ojca o marihuanie: zdobył ją „w swojej wieloletniej pracy z ludźmi uzależnionymi od adrenaliny sportów ekstremalnych, pornografii czy mediów”. No po prostu fachura. A żeby mu nikt nie rzucił w twarz żadnej przeszłej bibki, na wszelki wypadek mówi: Kieliszek wina czy wódki nie jest grzechem, ale celowa utrata świadomości – tak. W paleniu marihuany nie ma stanów pośrednich, np. lekkiego odprężenia. Tu chodzi o „znieczulenie się”. No, swą głęboką mądrością fachowca od grzesznych sportów ekstremalnych w trymiga spenetrował umysły wszystkich jarających na umór (bo inaczej przecież się nie da).

Czy palenie marihuany to grzech? Pan w białym habicie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale odwołuje się do inteligencji słuchających: kilku gości, którzy wpadli w ciężkie narkotyki zaczynali od marihuany, więc wicie-rozumicie. Niejednoznaczności nie ma natomiast w wypowiedziach centrali: nowa lista grzechów sporządzona przez watykańską Penitencjarię Apostolską zdecydowanie wymienia „Branie narkotyków i handel nimi” wśród czynności, z których należy się wyspowiadać. (Nie wiem co prawda, czy w przepisach wykonawczych podano definicję narkotyku, ale jestem dziwnie spokojny, że marihuana by ją spełniała.)

Dla kanadyjskich biskupów grzeszność (lub nie) marihuany nie jest czystą teorią (jak, na ten przykład, liczba diabłów na końcu szpilki): wobec rozpoczętego przez rząd Justina Trudeau procesu legalizacji zioła, wkrótce trzeba będzie rzeszom wiernych zacząć zadawać pokutę za palenie. (No, chyba że palą dla zdrowotności, bo wtedy grzechu nie ma.) Uzasadnienie, dlaczego palenie marychy jest grzeszne, jest takie, że jest to „uderzenie w cnotę umiarkowania”. Nie wiem na razie, co się dzieje w przypadku grzeszników, którzy palą umiarkowanie.

O tym, że hierarchom naprawdę jest nie po drodze z marihuaną ostatecznie przekonała mnie informacja, że w prowadzonej w 2016 roku dyskusji na temat legalizacji zioła w stanie Massachusetts Archidiecezja Bostońska przeznaczyła na wsparcie kampanii przeciwników tego pomysłu aż 850 tysięcy dolarów. Taka hojność została wytłumaczona obroną zagrożonych kościelnych programów prozdrowotnych i społecznych. (Ostatecznie mieszkańcy zagłosowali nie po myśli archidiecezji, co oznacza, że forsa przepadła, a programy są zagrożone…)

 

Oczywiście, i ze strony duchownych padają głosy rozsądne. Arcybiskup Muszyński oraz ksiądz Sowa, indagowani przez portal Cannabis News wypowiedzieli się za dopuszczeniem medycznych zastosowań marihuany, o ile będzie wykazana ich skuteczność. Niby oczywista oczywistość, ale chwała im za to, że ją dostrzegają, bo nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. (Na przykład chyba wciąż nie widać tego w Ministerstwie Zdrowia.) Ten sam portal zapytał o marihuanę pewnego znanego z mediów zakonnika (też w białym habicie), który w medycznym stosowaniu nie widzi problemu. Ale wszyscy powyżsi to są mówiący ogólnikami księża „niewyspecjalizowani”. (Zakonnik na przykład pokazał nieznajomość tematu, mówiąc: Nie można powiedzieć ludziom: „nie, nie ma problemu, możecie się sztachnąć 5 razy w tygodniu” – jakiś odsetek z nich to zabije, po prostu. Także wprowadzi ich w spiralę narkomanii, bo branie narkotyków jest zjawiskiem rozciągłym.) No to posłuchajmy, co ma do powiedzenia kościelny specjalista, osoba „zajmująca się w Kościele od wielu lat tematyką uzależnień i będąca jednocześnie duszpasterzem młodzieży”. Nie przytoczę cytatów, bo ręce opadają.

Znalazłem jeszcze jeden głos księdza na temat marihuany. Wypowiedział się p. Jacek Międlar. Nie wiem, czy wówczas był jeszcze księdzem, ale nie ma to w sumie znaczenia, bo nie mówił „od strony doktryny katolickiej” – czyli mówił od siebie. Przedstawił pogląd „medyczna tak, ale dla radochy to już nie„, oparty na mieszance prawd prawdziwych prawdziwie i tych prawdziwych inaczej. Ale wysunął bardzo ciekawą propozycję, która zasługuje na poważną analizę (choć na pewno nie dokona jej obecna marihuanofobiczna grupa nami rządząca): proponuje on, by na 2-3-4 lata, a może nawet na 10 lat, wprowadzić eksperymentalnie dekryminalizację posiadania i uprawy marihuany. Gdyby eksperyment się powiódł, gdyby – jak o tym zapewniają zwolennicy liberalnego podejścia – zaobserwowano spadek niekorzystnych zjawisk związanych z narkomanią, można by było depenalizację przyjąć na stałe, a w jakiejś perspektywie czasowej być może pomyśleć o depenalizacji. Nawet jeśli mówił to jeszcze jako ksiądz, to na pewno nie był to typowy głos Kościoła: nietypowość polega na tym, że p. Międlar używał argumentów…

Ciekawego porównania marihuany i alkoholu dokonał pewien duchowny. Podejrzewam, że po pracy nie stroni od tego drugiego. Bo oto dowiedzieliśmy się, że alkohol spożywa się ze względów smakowych, używa się go do celów zdrowotnych, a także ważny jest element wspólnototwórczy („wznieśmy kielichy”). Wyższość alkoholu jest niepodważalna, zresztą o czym tu mówić, skoro sam Pan Jezus pijał alkohol, papież też do obiadu sobie golnie. Ponadto od alkoholu człowiek się nie uzależni, a w każdym razie nie po jednym razie. Kończ waść, wstydu oszczędź.

W konkluzji powtórzę: ksiądz też człowiek i obywatel, ma prawo mieć swoje zdanie. Ale powinien zdawać sobie sprawę, że z przyczyn pozamerytorycznych jego słowa mogą być przyjmowane z większą – nomen omen – wiarą niż słowa innych ludzi. Dlatego powinni wypowiadać się z wielką ostrożnością. Nie tylko na temat marihuany, rzecz jasna.

Ustawa… Liroya?!

Poniższy tekst umieściłem jako komentarz pod pewnym artykułem prasowym, ale wydaje mi się on na tyle ważny, że dla zwiększenia widoczności pozwalam sobie powtórzyć go tutaj. Chodzi o artykuł „Ustawa Liroya utrudniła dostęp do marihuany„.

Pani Karolino (zwracam się do autorki artykułu): uchwalona przez Sejm ustawa nie jest „ustawą Liroya”. NIE JEST.

Liroy starał się przeforsować zupełnie inny projekt, stworzony przez prawnika Jędrzeja Sadowskiego i grupę promarihuanowych aktywistów. Projekt spójny, samonapędzający się jeśli chodzi o bazę wiedzy, bezpieczny dla państwa i, przede wszystkim, przyjazny pacjentowi. Jego założenia można znaleźć tutaj.

To, co zostało uchwalone W NICZYM nie przypomina projektu naszego, społecznego. Pisałem o tym na moim blogu, np. w tym wpisie. Bardzo proszę, nie nazywajmy tego (jak go określa Dorota Gudaniec) kadłubkowego prawa „ustawą Liroya”.

Zagubiony pan Karoń w świecie marihuany

W internetowej telewizji http://wRealu24.tv występuje z pewną częstotliwością pan Krzysztof Karoń. Tematyka jego wystąpień jest raczej odległa od moich zainteresowań, więc słucham go rzadko (choć ze względu na specyficzny sposób konstruowania przezeń narracji – z pewnym zainteresowaniem). Ale ostatnio postanowił zabrać głos na temat medycznych zastosowań marihuany. W jego wystąpieniu (www.youtube.com/watch?v=7Mq5hplNftQ) było sporo wątków, z którymi się nie zgadzam, zaproponowałem więc stacji, żeby mi umożliwiła przedstawienie moich zastrzeżeń. Ku mojemu lekkiemu (ale pozytywnemu) zdziwieniu stacja nie miała problemu z udostępnieniem eteru głosowi krytycznemu wobec wypowiedzi jednej ze swoich gwiazd i tak doszło do tego nagrania: www.youtube.com/watch?v=MDa0IETV_wM. Parę dni później odniósł się do niego pan Karoń: www.youtube.com/watch?v=xU6f5eVDkOs&t=1569s („smutny pan” to ja). Poniżej prezentuję parę polemicznych uwag do tej drugiej panakaroniowej wypowiedzi.

 

Ważnym argumentem p. Karonia przeciwko marihuanie jest to, że używali jej przebywający w Stanach prości robotnicy meksykańscy („niziny społeczne„. Tak, po pracy mieli wolny czas i byli bardzo słabo zintegrowani ze społecznością miejscową, więc spędzali wolny czas tak, jak to robili w ojczyźnie. Tylko… czego to dowodzi? Moim zdaniem niczego. Bo oto, panie Karoń*, okazuje się, że marihuany używali także na przykład twórca firmy Apple Steve Jobs, słynny astronom i pisarz Carl Sagan czy wszyscy Beatlesi. To nie jest prekariat, to nie jest „półświatek tak zwanej kultury„. Ale czy te nazwiska (i dziesiątki innych, bez problemu do znalezienia w Sieci – na przykład tu o sześciu celebrytach używających leczniczo) są argumentem za marihuaną? Dla mnie nie, podobnie jak nie jest argumentem przeciwko marihuanie to, że używali jej meksykańscy robotnicy. Jeżeli mamy dyskutować poważnie, to używajmy argumentów poważnych, merytorycznych. Jeżeli je mamy.

No właśnie, argumenty… W swojej wypowiedzi p. Karoń w żaden sposób nie odniósł się do poruszonej przeze mnie kwestii terapeutycznych właściwości THC oraz jego synergicznego, korzystnego dla chorych, współdziałania z innymi składnikami marihuany. Powoduje ono, że cała roślina jest dla pacjenta opcją lepszą niż wyizolowane związki. Dlaczego p. Karoń o tym nie wspomniał? Widzę 3 możliwości. Pierwsza jest taka, że tego wątku po prostu nie zrozumiał. Wątpię, żeby tak było, ale wykluczyć nie mogę. Możliwość druga: p. Karoń zrozumiał, o co chodzi, ale jako osoba kompletnie nieczująca tematu nie zorientował się, jak to jest ważne, nie chwycił, że tego nie można pominąć milczeniem. Też nie wydaje mi się, żeby tak właśnie było. Zostaje trzecia możliwość, najbardziej dla mnie prawdopodobna: fakt, że psychoaktywny THC ma jakiekolwiek (a już tym bardziej że duże) pozytywne efekty prozdrowotne zupełnie nie pasuje p. Karoniowi do obrazka, dlatego najzwyczajniej w świecie go zignorował. (Przypominam, jak wygląda panakaroniowa wizja leczniczego stosowania konopi: zezwala on ekstrahować poszczególne substancje i stosować je, ale po odrzuceniu tej jednej będącej odurzaczem i ogłupiaczem pozbawionym jakichkolwiek właściwości korzystnych dla zdrowia. No, może jakieś tam ma, ale „w drugim rzucie”, a to za mało. Informacja o tym, że THC jest głównym składnikiem leczniczym konopi, jest dla przedstawionej wizji zabójcza, więc, żeby nie musieć jej zmieniać, nad informacją się przechodzi do porządku dziennego, dzięki czemu wszystko znowu „gro i bucy” i dalej można udawać fachowca.)

Jest jeszcze jeden mój argument, który p. Karoń całkowicie pominął milczeniem, argument ważny, mający duży ciężar gatunkowy. Chodzi o to, że jak dotąd nigdzie na świecie nie zdarzyło się, żeby prawa dotyczące medycznego stosowania marihuany zostały skasowane lub choćby okrojone. W drugą stronę owszem, jest już wiele przypadków poszerzania zakresu stosowania marihuany czy wprowadzenia innych ułatwień dla chorych. Ale wstecz – nie ma. A przecież gdyby gdziekolwiek zaczęły się materializować te wszystkie okropności, które tak malowniczo przedstawił p. Karoń, medyczny użytek marihuany zostałby zawieszony. A tu nie. Ciekaw jestem, czy p. Karoń ma na to jakieś wytłumaczenie. Setki milionów ludzi ze zjaranymi mózgami? Ćpuńska ideologia sterująca władzami Kanady, Izraela czy Niemiec? Ogłupieni śmiertelnym narkotykiem obywatele 31 stanów w USA nagle stracili zainteresowanie losem swoich dzieci? Panie Karoń*, czy miałby Pan jakiś komentarz w tej sprawie? Bo nie ukrywam, że trochę mi go zabrakło. I najchętniej żeby to nie było „na takim poziomie nie będę dyskutować” czy jakiś inny unik. Bo uniki już były. (I dla całkowitej jasności: mówię o prawie, które dopuszcza medyczny użytek marihuany, a nie „wyabstrahowanych” zeń substancji. Zielska, panie Karoń*, zielska.)

Jeszcze drobiazg, ale myślę, że bardziej istotny, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka. Otóż p. Karoń obsesyjnie protestuje przeciwko frazie „marihuana leczy”. Jego prawo, ale ja chętnie poznałbym jego zdanie na temat: co leczą farmaceutyki? (Zastanawiałem się nad tym z p. Rolą, odsyłam do tego fragmentu mojej wypowiedzi, żeby się tutaj nie powtarzać.) Zrobił nam p. Karoń wykład na temat „czy uśmierzanie bólu jest leczeniem”, więc na leczeniu też się zna i pewnie będzie skłonny podać swoją szacunkową ocenę procentu, o jaki pytałem p. Rolę.

 

No dobrze, ale co cesarskie cesarzowi: w celu całkowitego zniszczenia mnie p. Karoń użył w swoim drugim wystąpieniu antymarihuanowym aż 3 argumentów natury merytorycznej. O nich teraz pokrótce.

Argument pierwszy: marihuana z okresu hipisów to przeszłość (p. Karoń obejrzał kolejny film – trzeci już? – więc wie), dziś zawartość tych [kontrolny rzut oka na kartkę] kannabinoidów jest o wiele wyższa. Owszem, zgadza się, dzisiejsza marihuana jest silniejsza niż dawna. Nie wiem co prawda, jak się to ma do będących tematem rozmowy jej medycznych zastosowań (p. Karoń pewnie też nie wie, ale co mu szkodzi ludzi postraszyć), ale OK, zagadnienie jako takie istnieje. Gdyby p. Karonia bardzo ono interesowało, to informuję, że w książce Odkłamywanie marihuany poświęciłem mu cały rozdział – nosi on numer 17, liczy 10 stron i zaczyna się na str. 163. Rozdział prowadzi do bardzo ciekawych wniosków, a cytowane w nim źródła są czasami bardzo nieoczywiste. Domyślam się, że p. Karoń nie kupi tej książki (choćby dlatego, żeby nie wspierać w ten sposób propagatora narkotyków), ale mam inne rozwiązanie: jeżeli nie brzydziłby się Pan wziąć tej książki do ręki, to proszę pogadać z p. Marcinem, on ją ma, na pewno Panu pożyczy.

Argument merytoryczny nr 2: z badań 50 tysięcy żołnierzy wiadomo, że „Marihuana powoduje głębokie nieodwracalne negatywne skutki w rozwoju szczególnie młodego człowieka”. Fakt, zrobiono w Szwecji takie badanie, objęło ono nieco ponad 45 tysięcy rekrutów (których losy badano jeszcze wiele lat po wypuszczeniu ich do cywila) i jest to badanie z lubością przywoływane przez różnych marihuanofobów na całym świecie. O nim także mówię w Odkłamywaniu, ale ponieważ nie wiem, czy p. Karoń jednak zdecyduje się pożyczyć od p. Roli tę książkę (oraz dla innych osób czytających te słowa, które pożyczyć książki od p. Roli nie mają szans) przytoczę, co piszą o wiarygodności tego badania, o jego poziomie naukowym, autorzy opracowania pt. Szkodliwe działania marihuany: „[wykazywany przez badanie] związek pomiędzy śmiertelnością i używaniem marihuany znikł, gdy dane poddano statystycznej wielowymiarowej korekcji pod kątem używania alkoholu i innych narkotyków”. W tłumaczeniu na nasze: gdy z analizy wykluczono facetów, którzy po wyjściu z wojska grzali gorzałę, brali herę, wciągali kokę, niuchali kleje i co tam jeszcze, nagle się okazało, że losy facetów używających jedynie marihuany niczym nie różniły się od losów facetów niejarających. Niczym. Takie właśnie metodologiczne knoty mają w arsenale marihuanofoby.

No i wreszcie trzeci argument merytoryczny p. Karonia. Co prawda znowu nie dotyczy zastosowań medycznych, lecz marihuany w ogóle, ale padł, więc jakoś należałoby się odnieść. Niestety, przyznaję, że dobrej odpowiedzi nie mam, więc jedynie go przytoczę. Oto on:

 

Wszystkich wciąż jeszcze uważających, że p. Karoń się zna na marihuanie, zapraszam do wsłuchania się w jeszcze dwa cytaty. A potem, już na zakończenie, bonus o tym, jak p. Karoń zgrabnie a nieświadomie się samozaorał. Ale najpierw na poważnie.

Cytat 1: „W tej chwili już na rynku jest dostępny lek wyprodukowany na bazie tego THC, który ma zastosowanie w leczeniu – zaznaczam: on nie leczy, bo nie taka jest jego rola, on tylko zapobiega tym ciągłym powtarzaniom [napadów padaczkowych]”. No to gratulacje, doktorze Karoń: używanie prokonwulsyjnie działającego THC w padaczce to neurologiczna nowość na skalę światową. Na szczęście jestem dziwnie przekonany, że żaden epileptyk nie rzuci się zaraz szukać dla siebie „leku na bazie THC”.

Cytat 2: „Potrzebne jest powtórzenie pewnej podstawowej informacji, która jest ogólnodostępna i nie trzeba być żadnym fachowcem, żeby ją znaleźć”. Skoro nawet niefachowiec znajdzie, to co dopiero fachowiec tej klasy, co p. Karoń. Posłuchajmy: „(…) to jest tak zwany kannabinol, czyli to, co się określa skrótem THC”. Nie było to przejęzyczenie, za parę minut p. Karoń ponownie odczytał z kartki: „THC, czyli kannabinol„. „Tu kannabinol, tu kannabidiol, jak ktoś tam słucha po łebkach to nawet nie odróżni„. Na szczęście mamy fachowców, którzy odróżniają za nas.

Zastanawiałem się, skąd u p. Karonia ten kiks, ewidentny dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o kannabinoidach. Przecież on to musiał sprawdzić w źródle o wiarygodności co najmniej Wikipedii. I chyba doszedłem, jak to mogło wyglądać. Otóż wyraz „tetrahydrokannabinol” (zwłaszcza w wersji „delta9-tetrahydrokannabinol”) to wyraz długi, często w całości nie mieści się w jednej linii. Być może było więc tak, że w linii zmieściła się tylko część „delta9-tetrahydro-„, a reszta wraz ze skrótem przeszła do linii następnej: „kannabinol (THC)”. Tam ją podchwycił p. Karoń i swą właśnie zdobytą wiedzą ochoczo się podzielił z całym światem. Ktoś zarzuci mi, że się czepiam nazewnictwa, dupereli nieistotnych dla całokształtu. Otóż nie, to nie są duperele. Tak by było, gdyby p. Karoniowi nie udało się wypowiedzieć poprawnie np. słowa tetrahydrokannabidiwarin – to mało znaczący kannabinoid, nie warto o niego kruszyć kopii. Ale akurat THC to absolutne podstawy, bez niego nie ma dyskusji o marihuanie. I jeżeli p. Karoń daje się nabrać na przeniesienie tej nazwy, to znaczy, że jego wiedza o kannabinoidach jest zerowa. Porównam: to jest tak, jakby o argentyńskim futbolu mądrzył się gość nieznający nazwiska Maradona. Cóż, można z nim pogadać o chodzących na mecze lewakach, narodowcach czy marksistach, o ogłupiającym wpływie futbolu na społeczeństwo (a może o mobilizacji patriotycznej), ale nie o meritum, nie o piłce. (Na wypadek, gdyby p. Karoń nie tylko nie wiedział, co oznacza skrót THC, ale także nie znał nazwiska Maradona, podaję inne porównanie: sytuacja, gdy o neomarksizmie mądrzy się gość, któremu obce jest nazwisko Engels.)

No i na zakończenie cudne panakaroniowe samozaoranie: „Jest również w internecie film na temat coffeeshopów. Tam oczywiście nie ma o tych workach, o których ja wspominałem”. Zwraca uwagę słowo „oczywiście”. Dlaczego w tym filmie oczywiście nie ma mowy o workach? Przecież to taki mocny, dający do myślenia argument: zajaranych na śmierć wynoszą z coffeeshopów tylnymi drzwiami. Dlaczego film o tym milczy? Dlaczego, według p. Karonia, milczy o tym oczywiście? Już tłumaczę: dlatego, że nawet w filmie niechętnym marihuanie (a wygląda, że tylko takie ogląda p. Karoń) takiej bzdury by nie powiedzieli. Mówią różne, ale takiej to nie. Oczywiście.


*Chwilę przed rozpoczęciem rozprawiania się ze mną p. Karoń gwałtownie zaprotestował przeciw formie „panie Krzysztofie” w ustach szczeniaków. Nie wiem, czy to by się też miało odnosić do mnie, więc na wszelki wypadek rezygnuję z tej poufałości, choć wiem, że będę brzmiał jak dzielnicowy lub urzędniczka z magistratu…

Szewc bez butów

DEA to potężna policja antynarkotykowa w USA. Kto jak kto, ale oni na różnych substancjach się znają. Na przykład na tych zawartych w marihuanie i, w związku z tym, nielegalnych na poziomie federalnym.

Jeden z tekstów zamieszczonych na oficjalnych stronach Agencji zawiera informację o zmniejszeniu wymagań DEA w odniesieniu do badań klinicznych z wykorzystaniem kannabidiolu. W notatce znalazło się m. in. takie zdanie:

Because CBD contains less than 1 percent THC and has shown some potential medicinal value (…)

No tak, CBD zawierający poniżej 1% THC to spora ciekawostka w nauce o kannabinoidach. Nic dziwnego, że DEA odgrywa tak dużą rolę we wszystkim, co związane z marihuaną. Nic dziwnego…

Zamiana

Ciekawa zajawka na stronie głównej pewnego serwisu:

Pomyślałem sobie: oho, młodzi przestawili się z piwa na dopalacze. A tu niespodzianka: przyczyna, która martwi dziennikarza, to wcale nie dopalacze. Ani nic do ćpania. Przyczyna to internet. Młodzi coraz mniej wychodzą z domu, w związku z czym mają coraz mniej okazji do osuszenia browara. Pili alkohol – było niedobrze (tu zgoda). Nie piją, bo siedzą w internetach – niedobrze, bo się nie socjalizują. To ja w takim razie mam pomysł: gdyby zalegalizować posiadanie pewnej rośliny, to młodzi masowo by się socjalizowali, a ich interakcje z rówieśnikami (w realu!) na pewno byłyby radosne i pożyteczne.

Oczywiście pomysł nie dotyczy małolatów. Ci niech zostaną przy internetach i, korzystając z okazji, niech sobie tam poczytają o tym, dlaczego z używaniem tej rośliny jednak powinni jakiś czas poczekać.