Czy człowiek musi palić marihuanę?

„Czy używanie marihuany przez człowieka nie jest sprzeczne z naturą? Czy człowiek musi palić?” Mniej więcej tak napisała kiedyś w internetowej dyskusji przeciwniczka palenia zioła.

Cóż, odpowiedź na drugie pytanie jest prosta: nie, nie musi. Mało jest czynności, które robimy, bo musimy. Ludzie palą marihuanę dlatego, że chcą. Podobnie jest z piciem alkoholu, paleniem papierosów, oglądaniem telenowel, graniem w koszykówkę. Albo w totolotka.

Natomiast pierwsze pytanie to zupełnie inna historia – i tu internautka pewnie by się zdziwiła. Zapewne nie tylko ona.

Na YouTube można znaleźć zabawne filmiki pokazujące, jak gibraltarskie małpy kradną ludziom nie tylko jedzenie (co jest oczywiste i wytłumaczalne), ale i picie. I nie tylko wodę czy napoje gazowane, lecz także zawierające alkohol drinki. Kradną – i wypijają, ku uciesze okradzionych… i własnej. Oswojone małpy żyjące przy świątyniach hinduskich też nie szanują prawa własności i bywa, że czasem sobie chlapną.

 

No, ale to są zwierzęta żyjące blisko człowieka, już przejęły jego nałogi. Zwierzęta dzikie – a, to co innego. Powstaje pytanie: czy słonie, które czasami włamują się do magazynów z alkoholem i wypijają „jednego głębszego” (w ich przypadku bardzo głębszego) są dla naszych rozważań wystarczająco dzikie? Nie wiem, jak często wpadają na drinka i, przede wszystkim, czy natrafiają na magazyny przypadkiem, czy może dobrze wiedzą dokąd i po co idą. W tym drugim przypadku byłby to już nałóg, a winnym jego powstania byłby człowiek. Wciąż nie mielibyśmy do czynienia z czystą naturą, nieskażoną ludzkim zwyczajem przetwarzania roślin na procenty.

Domowe zwierzęta biorą od nas nie tylko alkohol. Z różnych doniesień wiadomo, że koty, psy czy udomowione małpy chętnie towarzyszyły swoim właścicielom w czasie zażywania przez nich opium, wdychając opiumowy dym.

 

W kolejnym przykładzie trudno byłoby winić ludzi, choć bohater żyje bardzo blisko nas: spora część kotów z upodobaniem tarza się w roślinie o nazwie kocimiętka i skubie jej listki – bez wątpienia sierściuchy wprawiają się w ten sposób w stan odurzenia, ale na pewno nie nauczyły się tego od nas.

 

No i wreszcie to: wśród dzikich na 100% zwierząt mamy bardzo ciekawy przykład upajania się. Afrykańskie zwierzęta znają drzewo marula i wiedzą, kiedy dojrzewają jego owoce. A właściwie: kiedy przejrzewają. Gdy przyjdzie odpowiedni moment, słonie i małpy, żyrafy, antylopy i nosorożce stadami schodzą się pod drzewa, by zjadać fermentujące owoce. Czasami mają po tym problemy z utrzymaniem równowagi, ale za to humory im dopisują. (Na szczęście nie stwierdzono przypadków prowadzenia przez nie samochodu pod wpływem maruli).

A amerykańskie wiewiórki, którym do Afryki może być trochę daleko, zjadają czasami sfermentowane płatki magnolii – wygląda, że z bardzo podobnym efektem.

 

Żyjące dziko lemury ostrożnie nadgryzają pewne wydzielające trującą substancję stonogi. Smarują sobie nią futro, co ma działanie przeciwpasożytnicze. Ale przy okazji wprawiają się w stan upojenia, który nam, ludziom, coś przypomina, oj, przypomina… A co? Oczywiście – objedzone sfermentowaną marulą małpy, a cóż by innego?

Badaczom zwyczajów zwierząt znane są jeszcze inne przykłady: ptaki, które zupełnie świadomie wybierają otumaniające jagody; krowy, które z upodobaniem zjadają zioła, po których dostają drgawek i zaczynają się zataczać, ale wkrótce wracają po więcej; małpy, chętnie korzystające ze znalezionych „magicznych grzybów”; wietnamskie bawoły, których w normalnych warunkach nie interesowały uprawy maku lekarskiego, ale gdy rozpoczynały się amerykańskie bombardowania, przełaziły przez ogrodzenie i konsumowały pewną ilość roślin, „znieczulając” w ten sposób swój strach; a nawet pszczoły, które świadomie – jak się wydaje – pijają nektar pewnych orchidei i padają na ziemię w bezruchu; na szczęście dla wszystkich – czasowym.

Teraz ciekawy (a dla mnie nawet najciekawszy) wątek: zwierzęta a marihuana. W literaturze przedmiotu można przeczytać o tym, że nie tylko ludzie lubią konopie inne niż włókniste: jagnięta pasące się przy konopnych polach wyszukują co dojrzalsze rośliny, po czym zachowują się podejrzanie wesoło; myszy i szczury przełamują szczelne policyjne kordony, by dobrać się do zgromadzonych w magazynie dowodów rzeczowych (za co zapewne wdzięczni są im podejrzani w sprawach); służące w greckiej armii konie i muły, które, nie bacząc na ciążące na nich obowiązki wobec ojczyzny, nażerały się konopi niespełniających antynarkotykowych norm i nie były już w stanie służyć słusznej sprawie.

Obok wątku zwierzęco-doustnego jest tu też wątek zwierzęco-wziewny: w dokumentalnym filmie pt. „Project NIM” mowa jest o szympansie, który razem ze swoimi opiekunami palił marihuanę. To ciekawe, bo nie bardzo widzę możliwość, by zmusić małpę do palenia jointa, gdyby sama tego nie chciała (zresztą, jej opiekunowie byli bardzo przyjacielscy i na pewno by do jarania nie zmuszali). Wyciągam stąd wniosek: jednak sama chciała.

 

OK. Ale – powiedzą sceptycy – to jednak są zwierzęta. (Niektórzy dodadzą: „to są tylko zwierzęta”). Tu bym się już nie zgodził, bo przecież szukamy odpowiedzi na pytanie, czy odurzanie się jest naturalne, a działania zwierząt, zwłaszcza dzikich, naturalne na pewno są. Dobrze, jeszcze jeden przykład. Tym razem nie chodzi o „tylko zwierzęta”. Wszyscy znamy taki obrazek: kilkuletnie dziecko na huśtawce woła do mężczyzny napędzającego całą zabawę siłą swych mięśni: „Wyżej, tato, wyżej!”. Wielu z nas nawet było osobiście w takiej sytuacji. Albo inna scenka: dziecko kręci się dookoła własnej osi aż w końcu traci równowagę i ze śmiechem upada. Albo długo wisi głową w dół na trzepaku, a potem schodzi i przez dłuższą chwilę widzi zupełnie inny świat. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia ze stanem, którego nazwa przyprawia niektórych ludzi o zgrozę: stan zmienionej świadomości. Dzieci dążą do niego instynktownie, przecież nikt ich tego nie uczył. Ich umysły są niezaburzone przesądami albo ustawami o przeciwdziałaniu narkomanii – czysty zwierzęcy instynkt. Widocznie zwierzęta (w tym człowiek) mają potrzebę przejścia od czasu do czasu „w inny wymiar”. A zatem – nie wydaje mi się, żeby było to sprzeczne z naturą.

Nie jestem w tym mniemaniu odosobniony. „Uważam, że chęć zmiany świadomości jest wrodzoną, normalną tendencją podobną do głodu lub popędu seksualnego” oraz „Używanie narkotyków jest powszechne. Każda ludzka kultura we wszystkich epokach historii używała jednej lub kilku substancji psychoaktywnych. (…) Właściwie przyjmowanie narkotyków jest tak powszechne, że wydaje się być jednym z podstawowych działań człowieka” (autor obu wypowiedzi: dr Andrew Weil). „Odurzanie się to powszechny ludzki motyw. Nigdzie w historii nie ma śladów w pełni ukształtowanych społeczeństw, które żyłyby bez użycia substancji psychoaktywnych” (Stuart Walton).

I na koniec jeszcze dwa nieco dłuższe cytaty:
– „Wyraźnie i od dawna ludzkość odczuwa pociąg do pijaństwa i ogólnie do stanów zmienionej świadomości. Niektórzy uczeni twierdzą, że ten długotrwały pociąg musi być jakoś związany z naszymi cechami biologicznymi. Amerykański psychofarmakolog Ronald K. Siegel dowodził, że pragnienie odurzania się jest jednym z czterech podstawowych popędów, które rządzą ludzkim zachowaniem – pozostałe to głód, pragnienie i popęd seksualny. Badania Siegela nad sposobem wpływania narkotyków na ludzi i inne zwierzęta przekonały go, że’popęd ku odurzeniu’ stanowi elementarną siłę motywującą. Funkcja tego popędu miałaby polegać na tym, że pomaga, dzięki pewnej formie samoleczenia, zachować zdrowie psychiczne. Według Siegela, środki odurzające są rodzajem leku: kiedy jesteśmy zestresowani, pełni niepokoju, zbolali, poszukujemy środków, które przynoszą nam ulgę; kiedy jesteśmy zmęczeni lub pogrążeni w depresji, poszukujemy stymulantów na poprawę nastroju” (Paul Martin, „Seks, narkotyki i czekolada”, Wyd. Muza SA, tłum. Anna Dzierzgowska;

– „To, aby ludzkość kiedykolwiek mogła obejść się bez Sztucznych Rajów, wydaje się mało prawdopodobne. Większość mężczyzn i kobiet wiedzie życie w najgorszym razie tak bolesne, a w najlepszym tak monotonne, ubogie i ograniczone, że chęć ucieczki, pragnienie własnej transcendencji nawet na kilka chwil jest i zawsze było jednym z głównych apetytów duszy. (…) Dla osobistego, codziennego użytku zawsze istniały chemiczne środki odurzające. Wszystkie roślinne środki uspokajające i narkotyki, środki euforyczne, które rosną na drzewach, halucynogeny, które dojrzewają w jagodach lub mogą być wyciśnięte z korzeni, wszystkie, bez wyjątku, były znane i stosowane od niepamiętnych czasów” (Aldous Huxley, „Drzwi percepcji”, wyd. Cień Kształtu, tłum. Marta Mikita).

Nie mam większych wątpliwości: spoglądanie ku odmiennym stanom świadomości nie jest wynaturzeniem. Jest częścią ludzkiej natury. Ważne, żeby zawsze odbywało się pod kontrolą zainteresowanego i by podróżowanie do innych wymiarów nie niosło ze sobą szkód dla osoby w nich bywającej.

I tu się kłania różnica między prohibicją a wyedukowaną legalnością.

Powyższy tekst (bez filmików, rzecz jasna) jest częścią mojej nowej książki, której nawet wirus nie zatrzyma i która ukaże się za kilka tygodni. Będzie nosiła tytuł „Legalizacja? – jestem za” , a rozpoznać ją będzie można po tym:

Tak, szkolenia potrzebne

W opolskim dodatku internetowej Wyborczej  ukazał się właśnie artykuł oparty na rozmowie z tamtejszym farmaceutą, pokazujący, jak sprzedaż medycznej marihuany wygląda z tamtej strony aptecznej lady. Tekst ciekawy, można by go polecić bez komentarza, ale? jeden fragment wypowiedzi o komentarz aż krzyczy. Oto on:

pacjenci konsumujący marihuanę w pierwszym okresie leczenia, który może trwać nawet kilka miesięcy, nie mają jeszcze wykształconej tolerancji i odczuwają wszystkie psychoaktywne skutki jej stosowania. Dopiero po pewnym czasie pacjenci stosujący tę substancję mogą normalnie funkcjonować i wykonywać takie czynności jak robienie zakupów czy załatwienie spraw urzędowych.

No tak, przez kilka miesięcy pacjenci otumanieni marihuaną (co z tego, że medyczną) będą chodzić jak zombi, niezdolni nawet do zrobienia zakupów, o skomplikowanych (w Polsce szczególnie) sprawach urzędowych nie wspominając. W końcowej części wypowiedzi pana farmaceuty czytamy:

W najbliższym czasie będziemy jeszcze szkoleni, aby jeszcze lepiej poznać tę roślinę i jej zastosowanie.

Oj tak, całkowicie się zgadzam: jak widać, takie szkolenia są bardzo potrzebne.

Medyczny alkohol

Telewizje śniadaniowe mają 2-3 dyżurnych specjalistów od marihuany. Jednym z nich jest p. Robert Rutkowski. Jest terapeutą o wielu specjalnościach, między innymi terapeutą uzależnień. Przyznaje, że kiedyś sam był uzależniony, na co dziennikarz śniadaniowy mówi z uznaniem: „To pana uwiarygadnia” [program 1, 9:19]. Nie znam zawodowych dokonań p. Rutkowskiego, nie wiem, jakim jest terapeutą, więc mój sprzeciw tutaj jest tylko formalny: fakt bycia byłym uzależnionym uwiarygadnia go tylko jako byłego uzależnionego, ale nie jako terapeutę czy, powiedzmy, specjalistę od marihuany. Gdyby było inaczej, każdy były piłkarz mógłby z definicji być wybitnym trenerem, a, jak wiemy, do zawodu tego skutecznie przechodzą tylko nieliczni byli kopacze.

I jeszcze o wiarygodności: żeby postraszyć telewidzów śniadaniowych marihuaną pan terapeuta mówi [1: 9:33]: „pięcioletnie technikum robiłem 7 lat” ? dlaczego? bo palił marihuanę i nie mógł się skupić na tekście. A co to ma wspólnego z wiarygodnością? Otóż w (stworzonym przez wydawcę, jak sądzę) opisie jednej z jego książek czytamy: „Sięgnął po narkotyki, mając 18 lat. Od razu wpadł w uzależnienie od heroiny. To był pierwszy narkotyk, jaki poznał ? jeden z najsilniejszych znanych narkotyków”. A zatem: pierwsza była hera, siejąca bez porównania większe spustoszenie w organizmie ludzkim, ale winę za 2 dodatkowe lata w szkole ponosi marihuana, bo nie pozwalała się skupić nad podręcznikiem. Cóż, nie jestem byłym uzależnionym, więc pewnie się nie znam (nie wiem na przykład, jak po heroinie idzie wkuwanie), ale mimo wszystko coś mi tu nie pasuje.

Druga rzecz, jaka mi nie pasuje u zapraszanego do śniadaniówek eksperta od marihuany, to pewien prymitywizm jego przekazu. Oto w innym programie dla zohydzenia telewidzom marihuany poświęcił zakupiony w Akademii Noblowskiej w Sztokholmie model mózgu i przed kamerą dziarsko go podźgał przyniesionym w tym celu nożem sprężynowym [2: 4:20]. (Wygląda jednak, że ciosy były niezbyt brutalne i mózg przeżył). Cóż, widać, że pan terapeuta zna historię marihuanofobii ? amerykańscy propagandziści też „lubili bazować obrazem”, też „lubili metafory”: tutaj  możemy zobaczyć, jak wygląda your brain on drugs (a tutaj wersja nowsza, lepsza technicznie i wydłużona, żeby przekaz dotarł skuteczniej).

Zanim przejdę do właściwego tematu tego wpisu jeszcze jedna uwaga. P. Rutkowski czeka na wieloletnie badania działania CBD [2: 9:15]. Może jestem przewrażliwiony, ale ja w podtekście słyszę zawoalowaną groźbę: „poczekajcie jeszcze parę latek, a zobaczycie, że wam to wasze CBD być może spali mózgi jak nagrzana patelnia”. Ciekaw jestem, czy bohater tego wpisu z równą niecierpliwością czeka na wyniki wieloletnich badań produktów, które są sprzedawane w aptekach, a do użytku terapeutycznego bywają zatwierdzane po raptem paru miesiącach prób klinicznych.

No dobrze, dość wstępów, czas przejść do tematu głównego. Protestując przeciwko terminowi „medyczna marihuana” p. Rutkowski mówi [1: 8:08]: „mamy całą masę leków, gdzie jednym ze składników, nośnikiem różnych substancji pozytywnych jest alkohol (?) Czy mówi się o medycznym alkoholu?” Ten bon mot najwyraźniej bardzo mu się spodobał, bo użył go ponownie w jednym z kolejnych programów na śniadanie [2: 8:07]. Wątek ten skwapliwie podchwytuje jeden z prowadzących [1: 8:27]: „Tak, i mamy analogiczną sytuację”. Cóż, dziennikarz śniadaniowy z definicji zna się na wszystkim, więc trudno go za tę uwagę winić. Ale pan terapeuta, ponoć dwojga fakultetów? Czyżby nie wiedział, że alkohol w farmaceutykach nie jest substancją czynną, leczniczą? Zresztą? jak to: nie wiedział? Sam przecież powiedział: alkohol jest nośnikiem. Czyli substancją pomocniczą. Nośnikiem, a czasem stabilizatorem (dla pewności zapytałem pani w aptece, żeby się publicznie nie zbłaźnić), ale nigdy substancją czynną. A zatem mówienie o medycznym alkoholu byłoby tym samym, co mówienie o medycznej karetce albo o medycznej strzykawce.

A czy określenie „medyczna marihuana” ma sens? Proponuję, żeby osoby czytające ten tekst same sobie spróbowały odpowiedzieć na to pytanie. Na wszelki wypadek podrzucę podpowiedź: w marihuanie jest zawarta setka unikalnych substancji zwanych kannabinoidami, których działanie prozdrowotne zostało już po wielokroć wykazane w badaniach naukowych (o praktyce rzeszy chorych nie wspomnę), a poza kannabinoidami są tam też setki innych substancji (choćby terpenów czy flawonoidów, których właściwości lecznicze znane są ludziom i wykorzystywane od tysięcy lat).

Teraz pytanie na śniadanie. To jest, przepraszam, na zakończenie: dlaczego p. Rutkowski wspomniał o „medycznym alkoholu”? Je widzę dwie możliwości:

?) jest debilem? Ale nie, nie jest, sam w jednym z programów zadał pytanie [1: 9:36] „Czy jestem debilem?” ? i skutecznie uzyskał od wszystkich uczestników rozmowy gorące zapewnienie, że nie, nie jest. Zresztą wyjaśnia to naukowo [1: 10:03]: „mój przykład pokazuje, że ta kora [przedczołowa] się regeneruje”. A zatem, skoro ustaliliśmy, że pan terapeuta nie jest debilem i że ma zregenerowaną korę przedczołową, to ? skoro mimo to używa tego bzdurnego określenia ? trzeba przejść do możliwości numer 2:

?) za niezbyt lotnych p. Rutkowski uważa telewidzów śniadaniowych, którzy łykną to jak pięćdziesiątkę (niemedycznej) wódki.

Cóż, nie mnie osądzać, ile ma w swej ocenie racji.

_______________

PS
Informacja o lokalizacji wykorzystanych w tekście cytatów:
1. program 1: „Marihuana i jej wpływ na zdrowie”, data emisji 29.09.2018: https://pytanienasniadanie.tvp.pl/39246936/marihuana-i-jej-wplyw-na-zdrowie
2. program 2: „Naukowcy ostrzegają: już jedno zapalenie marihuany wywołuje zmiany w mózgu”, data emisji 4.05.2019: https://pytanienasniadanie.tvp.pl/42477585/naukowcy-ostrzegaja-juz-jedno-zapalenie-marihuany-wywoluje-zmiany-w-mozgu

PPS
O terapeutach wypowiadających się na temat marihuany pisałem już na tym blogu kilka lat temu.

Powrót eksperta

(No tak, nie jestem na bieżąco: program opisany poniżej został wyemitowany ponad rok temu. Ale w tekście nie zmieniam ani jednej literki. Jedyne, co się zmieni to może to, że na razie chyba  powstrzymam się z mejlem do TVN 🙂 ).

Kilka lat temu prawie żaden telewizyjny program o marihuanie nie mógł się obejść bez udziału p. Mariusza Jędrzejki, profesora Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. W związku z publiczną dyskusją na temat medycznej marihuany programów takich było sporo, więc Jędrzejko pojawiał się na wizji co i rusz. Jako ekspert od marihuany, żeby była jasność. (Występował już u mnie na blogu parę razy, np. tu i tu). Jednak od pewnego czasu Jędrzejki było zdecydowanie mniej (przynajmniej tak było w internetowych relacjach dotyczących tego, co się dzieje w telewizji ? jako nietelewidz nie mam innych źródeł informacji). Ja tłumaczyłem to sobie legalizacją medycznej marihuany i naturalnym zgaśnięciem dyskusji na jej temat.

Ale cóż, widocznie szczęście nie może trwać wiecznie: Jędrzejko powrócił. W śniadaniówce TVN. Znów jako ekspert od m. in. marihuany. W programie wygłosił taką oto mądrość (od 5:14):

Nie ma żadnego związku z legalizacją marihuany a zmniejszeniem picia alkoholu, to są 2 zupełnie odrębne problemy. (…) Gdziekolwiek wprowadzono legalizację albo dekryminalizację marihuany, nie zmniejszyło się picie alkoholu.

A jak jest naprawdę? Rzućmy okiem na pewne poważne amerykańskie badanie z 2017. Po analizie sytuacji w stanach, gdzie marihuana jest legalna w zastosowaniach medycznych i w stanach sąsiednich naukowcy doszli do wniosku, że skutkiem legalizacji marihuany jest kilkunastoprocentowy spadek konsumpcji alkoholu. Jeden ze współautorów pracy wyraził to dobitnie w wypowiedzi dla prasy: ?Our findings clearly show that these two substances act as strong substitutes in the marketplace,? Chong said. ?This implies that rather than exacerbating the consequences of alcohol consumption?such as an increase in addiction, car accidents or disease risk?legalizing cannabis may temper them.? (Streszczenie wypowiedzi: marihuana i alkohol są dla siebie na rynku silnymi substytutami?)

Z innego opracowania wynika, że efekt substytucji alkohol ? marihuana może być jeszcze większy i przekraczać 20%.

Z wpływu marihuany na rynek napojów wyskokowych zdają sobie sprawę również ich producenci: „?cannabis adoption is certainly growing in states where it?s legal and does pose a risk to the beverage alcohol industry in the future” (zob. też ten artykuł). Nie zdaje sobie jednak z tego sprawy czołowy telewizyjny ekspert od marihuany. Mam w tej chwili ciekawsze rzeczy na głowie, ale może poświęcę parę minut na mejla do TVN z apelem, żeby jednak poszukali lepszego eksperta, bo przecież ile można?

PS
Mestosław mówi, że od rozmówcy dostał książkę z dedykacją. Ciekaw jestem, czy to ten tytuł: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/309940/marihuana-fakty-marihuana-mity. Bo jeżeli tak, to ostrzegam, że w środku jest taka masa przekłamań, przeinaczeń i błędów, że ręce opadają. Może kiedyś znajdę chwilę, żeby to zmieścić w jakiejś skoncentrowanej formie i opublikować ku przestrodze czytelników.

PPS
P. Jędrzejko jest uważany za eksperta od marihuany także w publicznej. A przynajmniej był w epoce przedkurskiej. No to proszę: http://www.plotek.pl/plotek/1,78649,11817139,Gosc_do_Szulim__Pani_LZE__PALI_Pani_MARIHUANE_OD_15.html. (Zalinkowany w tym artykule zapis programu nie działa, ale można go obejrzeć tutaj).

Twierdza Bydgoszcz

Niewiele brakowało, aby w moim mieście odbyła się Sodoma i Gomora. Na Boskim Festiwalu mieli propagować marychułanę, a kto wie, jaką jeszcze inną narkomanię.

Na szczęście czujni pracownicy Urzędu Miasta wykryli podstęp i organizatorom jasno dali do zrozumienia (a organizatorzy jasno zrozumieli), że jeżeli do tej Sodomy i Gomory dojdzie, to organizatorzy mogą zapomnieć o miejskim dofinansowaniu.

Jeżeli ktoś się zastanawiał, czy na tego Boskiego iść, to pozytywny przekaz jest taki: „Iść. Jest bezpiecznie. ORMO czuwa!”.

EDIT:
Powyższe dość gorzkie słowa pod adresem Urzędu Miasta napisałem wczoraj na podstawie informacji, która okazała się nieprecyzyjna. Poproszono mnie o sprostowanie i prostuję z dużą ochotą, bo kiepsko mi było z myślą, że moje miasto jest takie zachowawcze. A tu się okazuje, że skasowanie panelu nie miało (podobno ? dopisuję z ostrożności, żeby nie sparzyć się ponownie) nic wspólnego z jego zamierzoną tematyką, lecz wynikło z niedopełnienia przez organizatorów pewnych warunków natury formalnej. Jak domniemywam, panel o dowolnej innej tematyce też wymagałby dopełnienia tych warunków ? i prawdopodobnie też zostałby odwołany. Czyli (podobno?) zdecydowała nie treść, lecz formalności.

A zatem: niniejszym odszczekuję i przepraszam wszystkich za niezamierzone wprowadzenie w błąd.

 

Ekspert ma głos

Na portalu dla farmaceutów opublikowano tekst pod zachęcającym tytułem Ekspert o różnicy między marihuaną – narkotykiem a marihuaną leczniczą. Nasz wskaźnik ekspertów od medycznej marihuany na 100 tysięcy mieszkańców coraz bardziej rośnie, ale to bardzo dobrze, ta akurat wiedza powinna być jak najszersza, więc każdy nowy ekspert cieszy. Ten konkretny artykuł to wynik jakiejś formy współpracy pomiędzy portalem i firmą J.S. Hamilton, a konkretnie wymienioną z nazwiska jej dyrektor Branży Badań Farmaceutyków. Nie wiem, ile portal dodał od siebie, więc na wszelki wypadek (pewien mój znajomy powiedziałby: „z ostrożności procesowej”) o zbiorczym autorze napiszę per „ekspert”. Sam tego chciał?

Zostawię w spokoju szereg występujących w tekście nieprecyzyjności, a błędy językowe („Olej, który toczono z nasion”, „Olej, który (?) używano”, „Surowiec konopi medycznej„) jedynie wymienię, nie będę się nad ekspertem pastwił.

Jest jednak kilka stwierdzeń zdecydowanie wymagających zacytowania i obśmiania, bo są to głupoty, które nieznającego tematu czytelnika najzwyczajniej wprowadzają w błąd.

Liście Cannabis, narkotycznej, nieprzebadanej marihuany wyglądają bardzo niewinnie, jednak ich skład nie opiera się tylko na naturalnych składnikach. Głównym składnikiem tej marihuany jest THC, czyli tetrahydrokannabinol, który ma działanie psychoaktywne.

Czy dobrze rozumiem eksperta, że THC nie jest składnikiem naturalnym? No i jeszcze jedno: czy tylko ja odnoszę wrażenie, że marihuanowy ekspert jest przekonany, iż najbardziej użyteczną częścią „narkotycznej, nieprzebadanej marihuany” są liście?

Zażyte zioło w bardzo szybkim tempie zaczyna oddziaływać na nasz mózg. Zaczynamy odczuwać euforię, uczucie relaksu, występują również zaburzenia percepcji, mamy zwiększone łaknienie. Wszystkie te działania marihuany mogą wywołać zagrażające życiu skutki.

Fakt, cmentarze są pełne ludzi, którzy po zażyciu zioła zarelaksowali się na śmierć albo w stanie kompletnej euforii przeżarli się ? również ze skutkiem śmiertelnym.

Zdarza się, że ludzie zaczynają traktować okna jak drzwi lub też wydaje im się, że potrafią latać, co w efekcie może doprowadzić do samobójstwa.

Cud, proszę państwa, cud! Zmartwychwstał amerykański lekarz, który w latach 30. ubiegłego wieku pod przysięgą zeznał w sądzie, że po dwukrotnym zaciągnięciu się marihuaną czuł, że zamienia się w nietoperza i lata po pokoju, aż w końcu wpada do wielkiego kałamarza. (A może to nie zmartwychwstanie, lecz reinkarnacja??)

Najczęstszym skutkiem palenia marihuany jest wystąpienie u człowieka, który ją zażył, tak silnej psychozy, że będzie on wymagał pobytu na oddziale psychiatrycznym. Częste zażywanie marihuany może też doprowadzić do powstania tzw. zespołu amotywacyjnego, który charakteryzuje się znacznym upośledzeniem pamięci i czynności poznawczych, brakiem koncentracji, apatią i otępieniem oraz brakiem zainteresowania swoim wyglądem i osiąganiem różnych celów. Zażywanie marihuany bardzo często doprowadza do uzależnienia psychicznego.

Zarówno o psychozie, jak i o zespole amotywacyjnym napisałem w książce Odkłamywanie marihuany, do której odsyłam zainteresowanych. Tam również można poczytać więcej o lekarzu-nietoperzu.

Jeżeli celem listu pani dyrektor do portalu było piarowe zwrócenie uwagi czytelników na firmę przeprowadzającą analizy chemiczne, to moim zdaniem udało się. Ale czy dzięki temu firma będzie teraz postrzegana jako znający się na marihuanie fachowiec? No cóż, raczej niekoniecznie?

Niby drobiazgi, ale?

Ach, ciężkie jest życie nas, perfekcjonistów. Zamiast koncentrować się całkowicie na przekazie, zwracamy uwagę na szczegóły, wychwytujemy błędy i się zżymamy. (Na szczęście przekaz też dochodzi ? przynajmniej u mnie?)

Przykład: ten artykuł. Poważny i niezbyt długi, fajnie by było przeczytać go bez zżymania się. Ale nie, nie da się, dbałość o szczegóły to zanikająca cecha, zwłaszcza w internecie:

1. „obecny rynek europejski CBD, który już teraz ma wartość 318 miliardów dolarów” ? nie, według raportu wycena tego rynku jest tysiąckrotnie niższa ? 318 milionów (jeżeli ktoś mi nie wierzy, niech sam sprawdzi w przywoływanym w artykule raporcie Brightfield; 318 miliardów USD to z gruba połowa PKB Polski ? mimo intensywnego rozwoju rynku CBD to jednak jeszcze nie ten etap);

2. „Stwierdził dyrektor Brightfield, Bethany Gomez” ? Bethany to imię żeńskie, co łatwo sprawdzić np. tu;

3. „Oczywiście Niemcy, UK i Szwajcaria to tylko trzy kraje na mapie UE” ? jak się okazuje, można być na mapie UE nie będąc członkiem UE. (Linka do listy aktualnych członków Unii nie podaję, zainteresowanych zachęcam do własnych poszukiwań).

No, trochę mi ulżyło, ale nie liczę, że to wiele zmieni w kwestii jakości tekstów publikowanych w Sieci? 😉

Marihuanowe ABC

Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. To wspomnienie pewnej znanej piosenki wiele razy towarzyszyło mi przy lekturze tekstów poświęconych marihuanie. W sumie fajnie, że jest ich coraz więcej, ale czasem lektura powoduje mniejszy lub większy dyskomfort. Jeżeli mniejszy, to można machnąć ręką. Jeżeli większy, to impuls, by inkryminowany tekst obśmiać, jest na tyle duży, że frustracja znajduje ujście na tym właśnie blogu.

Portal ABC Zdrowie piórem Kornelii Ramusiewicz (złośliwie podejrzewam, że specjalistki od wszystkiego, co jej zostanie zlecone przez naczalstwo) wypowiedział się na temat leczniczych właściwości marihuany. Cieszy mnie, że ten temat jest podejmowany, ale? Ale jeśli mogę prosić, kochane ABC (i wszyscy inni), zanim wyślecie dzieło w świat, zapytajcie kogoś choćby trochę znającego się na rzeczy, czy tekst ten jest babol-free. Bo ten, który niedawno przeczytałem, na pewno taki nie jest. Nie będę się nad nim pastwił, moja perwersyjna satysfakcja zostanie zaspokojona samym zacytowaniem fragmentu udowadniającego ponad wszelką wątpliwość, że autorka o marihuanie nie ma bladego pojęcia (wyróżnienie moje):

Amerykańscy naukowcy udowodnili tezę, że naturalnie występujące w THC endokannabinoidy są w stanie uleczyć choroby neurodegradacyjne (?)

Młodzi teraz piszą na fejsbukach: jprdl?