Śmiercionośna marihuana

Dwa artykuły opisujące to samo wydarzenie: http://www.tvn24.pl/poznan,43/palila-marihuane-trafila-do-szpitala-14-latka-walczy-o-zycie,767819.html, http://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,22288105,14-latka-w-stanie-krytycznym-policja-palila-marihuane-zatrzymalismy.html

Wydarzenie, które nie powinno mieć miejsca, bo 14-latkowie nie powinni palić marihuany. W krajach cywilizowanych, gdzie podejście do jej legalności jest rozsądne, łatwiej o kontrolę nad używaniem przez małoletnich.

W obu tekstach zamieszczono nieśmiałe głosy lekarzy, że marihuana nie mogła spowodować takich skutków. Ale przecież lekarze się nie znają. Znają się dziennikarze, stąd odpowiedni wydźwięk obu artykułów, stąd odpowiednie tytuły („Paliła marihuanę, trafiła do szpitala. 14-latka walczy o życie” – czy trzeba aż przeczytać artykuł, żeby zrozumieć przekaz?). Zna się też rzecznik wielkopolskiej policji. „Na razie nic nie wskazuje na to, by 14-latka zażywała coś innego niż marihuanę. Organizm może różnie zareagować na takie substancje. To dowód na to, że tego rodzaju środki są niebezpieczne – podkreśla Borowiak.” Kto jak kto, ale wysoki rangą policjant na marihuanie się zna, prawda? Tak, prawda. Trzecia prawda według Tischnera…

PS
Dla przypomnienia: http://odklamywaniemarihuany.pl/polska-policja-wie-lepiej/

Postępy

Będzie o tym („Zastosowanie naturalnych kannabinoidów i endokannabinoidów w terapii”, dokument w pdf-ie): http://www.ptfarm.pl/pub/File/FP/2_2009/zastosowanie%20naturalnych.pdf

Lekturę całości zostawiłem sobie na później, ale przeczytałem pierwsze zdanie i już jest fajnie: [marihuana] „daje złudne odprężenie i przejściową euforię”. Miliony użytkowników na całym świecie niesłusznie się odprężało dzięki maryśce, ale na szczęście pojawił się specjalista z Zakładu Chorób Zwierząt Instytutu Weterynarii PAN i im wytłumaczył, że ich odprężenie było złudne. To, że w ogóle ktokolwiek jeszcze na świecie pali marihuanę 7 lat po opublikowaniu tego wiekopomnego stwierdzenia, tłumaczę jedynie małym w skali globu zasięgiem „Postępów farmakoterapii”.

Tymczasem w Stanach…

Jak pamiętamy, antymarihuanowa histeria zaczęła się w latach 30. XX wieku w USA, a stamtąd (m. in. via ONZ) rozniosła się po całym świecie, docierając także do naszego (mówiąc Michalkiewiczem) nieszczęśliwego kraju. Amerykańskie władze naprawdę starały się tak wytresować obywateli, żeby odczuwali lęk na sam dźwięk słowa „marihuana”. Szło nieźle, ale w latach 60. przyszli hippisi i wszystko zepsuli. (Opisuję to dość szczegółowo w Odkłamywaniu marihuany.)

Mimo wysiłków rzeszy tamtejszych Radziwiłłów medyczne właściwości marihuany szybko zaczęły się przebijać do świadomości Amerykanów i w 1996 Kalifornia jako pierwszy stan (w powszechnym głosowaniu obywateli!) zatwierdziła użytek medyczny. Wysiłki Waszyngtonu nie ustawały, ale mieszkańcy kolejnych stanów robili to samo, co Kalifornijczycy – dziś medyczna marihuana jest legalna w 29 stanach + Dystrykt Kolumbii. I na pewno na tym się nie zakończy. Co więcej, już w 8 stanach + DC można używać marihuany bez względu na stan zdrowia – i ta lista też się zapewne będzie poszerzać – też wskutek inicjatyw obywatelskich.

Tymczasem w Waszyngtonie nowiusieńki prokurator generalny Jeff Sessions, narkofob jak Pan Bóg przykazał, chce powrotu do czasów sprzed decyzji administracji późnego Obamy, na mocy której władza federalna nie wtrącała się tam, gdzie nie było łamane prawo stanowe. A naród? A naród w najnowszym sondażu opinii publicznej powiedział, że medyczny użytek marihuany popiera w 94% (!), a użytek jakikolwiek w 60% – to najwyższe wyniki w dotychczas przeprowadzonych badaniach.

Rozziew pomiędzy opinią obywateli a działaniami władzy jest więc coraz większy. Tylko patrzeć, jak się gajowy wkurzy i wypędzi ich wszystkich z Kapitolu. I my to będziemy bacznie obserwować i brać wzór, bo z naszymi Radziwiłłami to my raczej do kompromisu nie dojdziemy…

PS
Fundacji „Krok po kroku” udało się zgromadzić ponad 100 tysięcy podpisów i projekt obywatelski dotyczący medycznej marihuany trafił do Sejmu. Nie chcę, żeby ktoś powiedział, że kraczę, ale… pewnie już oliwią niszczarki.

Pisać każdy może

Ty, Maciek, na ruskiej poezji się znasz, o różnych rzeczach już pisałeś, to o medycznej marihuanie nie machniesz?No i machnął.

Przedtem trochę poguglował, dla uwiarygodnienia siebie jako znawcy tematu znalazł sobie w Sieci zagraniczną nazwę Sativex – miał pecha, bo trafił na źródło, które jak i on niespecjalnie się orientuje i powielił za nim błędną informację o refundacji Sativexu.

Posłuchał też wypowiedzi wierchuszki Ministerstwa Zdrowia (czyżby v-min. Łanda na ostatnim posiedzeniu Komisji Zdrowia?). Niestety, tu też nie lepiej. To właśnie MZ jest głównym bojownikiem na froncie walki z tezą, że medyczna marihuana („Maciek, nie zapomnij napisać ‚tzw. medyczna marihuana’„) jest panaceum, czyli lekiem na całe zło. Rzecz w tym, że nikt rozsądny walczący o legalizację medycznych zastosowań marihuany nie twierdzi, że ona jest panaceum. To typowy zabieg polemiczny stosowany wtedy, gdy nie ma się argumentów: włożyć w usta oponenta twierdzenie, którego on nigdy nie postawił, a potem dzielnie je obalać. Robi tak MZ, powtarzają za nim osoby nie wiedzieć czemu uważające, że MZ jest autorytetem w sprawach dotyczących zdrowia.

Również „ze źródeł zbliżonych do MZ”, jak przypuszczam, wie autor omawianego tekstu, że medyczna marihuana (tak zwana) to ściema, bo bardzo rzadko przepisują ją polscy lekarze, a przecież gdyby była ona cokolwiek terapeutycznie warta, toby ją przepisywali obiema rękoma – tak jak to robią z farmaceutykami. Żeby obalić ten pozornie logiczny argument trzeba choćby w przybliżeniu wiedzieć, w jakim wymiarze na polskich uczelniach medycznych uczy się studentów o leczniczych właściwościach marihuany (i jakichkolwiek innych roślin). Dobrze jest też znać zawodowe losy dr. Marka Bachańskiego, który mimo wszystko odważył się użyć marihuany w terapii (z bardzo dobrym skutkiem, ale to akurat jest najmniej istotne – przynajmniej dla jego byłego pracodawcy).

Najfajniejsza jest teza główna artykułu, którą zawiera pierwsze zdanie leadu: „Zamiast dyskusji – szantaż emocjonalny”. Informowanie, że setki tysięcy ludzi (w tym dziesiątki tysięcy dzieci) niepotrzebnie cierpią jest szantażem emocjonalnym. Przekazany telefonicznie z Nowogrodzkiej prikaz „nie – bo nie” jest merytoryczną dyskusją.

Pan minister mówi ludzkim głosem

Mówi pan Radziwiłł:

(…) w formacji, jaką reprezentuję, jest takie głębokie przekonanie, że jeśli marihuana może być stosowana w medycynie, to należy ją udostępnić pacjentom w sposób najkorzystniejszy dla nich, najwygodniejszy, najbardziej prosty…

Już miałem napisać: „Co za łgarz!”. Ale chwilę pomyślałem i stwierdziłem, że on ma rację. Przecież mówi, że „jeśli może być stosowana„, a powszechnie wiadomo, że nie ma badań, co oznacza, że stosowana być nie może. Czyli: jego formacja jest jak najbardziej za tym, żeby chorym przychylić nieba, ale najzwyczajniej w świecie się nie da. Ku jego ogromnemu strapieniu, które, jeśli się dobrze przyjrzeć, da się nawet dostrzec na ministerskim obliczu…

Jeszcze jedna dyskusja

Nie wiem, co o tym sądzić: http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/medyczna-marihuana-debata-kobiet-w-tvn24-bis,688658.html Bo niby dyskusja konkretna i rzeczowa. Ale…

W dyskusji o medycznej marihuanie oczywiście nie mogło zabraknąć Monaru, no bo jak: rozmawiać o ciężkim (śmiertelnym!) narkotyku bez Monaru?

Pani terapeutka dziwnie mocno entuzjastyczna. Ale nie, nie zdążyłem się jeszcze za bardzo zadziwić, a tu wszystko wraca we właściwe koleiny: pani terapeutka ostrzega przez używaniem marihuany przez nieletnich. Stwierdzenie całkowicie słuszne, ale zupełnie niepasujące do tej konkretnej rozmowy. Ni przypiął, ni przyłatał. No, ale to jednak zrozumiałe: ciągnie wilka do lasu.

I jeszcze jeden babol pani terapeutki: według niej sprawa MM ruszyła wtedy, gdy pojawiła się ludzka twarz – twarz p. Kality. Faktycznie, gdy prokurator postawił zarzuty chcącemu pomóc choremu ojcu Kubie Gajewskiemu, ludzkiej twarzy nie było. Gdy 15 lat zaczęło grozić także państwu Dołeckim, też widocznie obecności twarzy nie stwierdzono. Dopiero musiał przyjść Kalita, żeby dać twarz. Pani terapeutka ma chyba kiepski software do wykrywania ludzkich twarzy.

Pan Minister Konstanty Radziwiłł – pytanie o medyczną marihuanę

Szanowny Panie Ministrze!

W swoim niedawnym wystąpieniu poświęconym medycznym zastosowaniom marihuany powiedział Pan o niej, że jest „śmiertelnie niebezpieczna”.

Ponieważ wypowiedź miała miejsce w otoczeniu jednoznacznie sugerującym, że nie wypowiadał się Pan jako obywatel Konstanty Radziwiłł (który jak każdy z nas ma prawo do prywatnych opinii), lecz jako minister Konstanty Radziwiłł, należy wnosić, że przedstawił Pan oficjalne stanowisko kierowanego przez siebie resortu. Będzie ono miało wpływ na losy setek tysięcy chorych Polaków. Bez wątpienia ważne jest, byśmy my, obywatele, rozumieli, dlaczego podejmowane są takie a nie inne decyzje dotyczące tego, co mamy najcenniejszego: naszego zdrowia.

Słowo „śmiertelny” znaczy, według internetowej wersji Słownika języka polskiego PWN (http://sjp.pwn.pl/sjp/smiertelny-I;2527914.html) „taki, który spowodował lub może spowodować śmierć„. Pańskie stwierdzenie o śmiertelnym niebezpieczeństwie powodowanym przez marihuanę usłyszały miliony osób, w tym bardzo wielu lekarzy. Powinni oni wszyscy być przekonani, że usłyszeli prawdę, że rzeczywiście broni nas Pan przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Dlatego bardzo proszę o przesłanie mi informacji o przynajmniej kilku przypadkach (zadowolę się trzema-czterema) oficjalnego stwierdzenia zgonu wskutek zażycia marihuany. Proszę Pana o podanie źródeł Pańskiego stwierdzenia, gdyż stoi ono w sprzeczności z (błędnymi, jak rozumiem) przekonaniami naukowców i lekarzy z innych krajów, twierdzącymi, że marihuana jest dla człowieka względnie nietoksyczna, a na pewno nie śmiertelna. Domyślam się jednak, że wie Pan coś, czego nie wiedzą oni. Ze swojej strony pragnę zapewnić, że postaram się informację tę jak najszerzej rozpropagować, bo wiem, że niesłuszne przekonanie o nietoksyczności marihuany jest dość szeroko rozpowszechnione również w polskim społeczeństwie.

Z poważaniem
Bogdan Jot

Dobry dil

Będzie o tym: „Marihuana rujnuje mózg i ciało„.

Takich tekstów są w Sieci setki. W zasadzie szkoda na nie czasu, ale w niektórych jest coś, co przyciąga uwagę. W tym tekście zastanowił mnie… nie, nie kompletny brak wiedzy autora na temat marihuany. To znaczy: to też wychodzi, jak najbardziej. Na przykład: „Są kraje, takie jak liberalna Holandia, które sprzeciwiają się legalizacji tego „dobrodziejstwa”” – fakt, w Holandii marycha formalnie legalna nie jest, ale żeby był to kraj modelowego sprzeciwiania się jej, to chyba jednak też nie. Albo ta perełka: „Większość skutków THC dzieje się w mózgu, gdzie substancje chemicznych reagują z receptorami w komórkach mózgu zwanymi cannibinoid„.

Tu zrobiło się ciekawie: po przeczytaniu tego ostatniego zdania zacząłem podejrzewać, że mamy do czynienia z amerykańskim tekstem przetłumaczonym przez Google Translatora i dość niestarannie wygładzonym przez autora wersji polskiej. (Chyba amerykańskim, bo w tekście podane są ceny papierosów w dolarach i centach, a nie sądzę, żeby autorem artykułu był rodak pamiętający czasy Pewexu.) Moje podejrzenia umacniają się, gdy widzę inne lapsusy językowe, których Polak raczej by nie popełnił (choć spolszczacz owszem, mógł prześlepić): „wydalanie dopaminy” (zamiast wydzielanie), „około między 20 a 30 procent”, „susza w ustach” (zamiast suchość). No i to zdanie, równie piękne jak tamto o „komórkach mózgu zwanych cannibinoid”: „THC, główna aktywna substancja chemiczna w marihuanie, jak wykazano w badaniach, powoduje przerwanie później fazy snu REM, która jest najbardziej istotne dla odczucie że ciało po przebudzeniu czuje się zrelaksowane„.

Ale głównym powodem, dla którego zaraz po lekturze nie zamknąłem tego pożal się Boże artykułu, jest występujący w nim argument przeciwko legalizacji. Argument bardzo ciekawy – oto on:

Legalizacja marihuany nie poprawia sytuacji zagrożenia narkotykami a mafia która traci w ten sposób dochody już szuka możliwości kompensacji strat i sytuacja staje się groźniejsza niż była.

Innymi słowy: nielegalność marihuany jest dla nas dobra, bo mafia zarabia na marihuanie, dzięki czemu nie robi gorszych rzeczy.

No tak, na pierwszy rzut oka argument rozsądny. Ale rzućmy okiem jeszcze raz… Po pierwsze, czy naprawdę mamy wierzyć, że świat przestępczy zadowala się obecnie marihuaną i nie szuka innych możliwości? Really? Po drugie, we wspomnianej Holandii czy w wielu amerykańskich stanach bardzo zliberalizowano podejście do marihuany i jakoś nie nastąpiło tam żadne pandemonium spowodowane chęcią powetowania sobie przez tamtejszy świat przestępczy strat na maryśce. I po trzecie: wedle tej teorii, pozwalając, by mafia bogaciła się na handlu tą straszną marihuaną, uzyskujemy jakieś tam korzyści społeczne. Ale cena za nie jest wysoka, bo do ludzi trafiają spore ilości narkotyku. Zróbmy zatem jedyne logiczne w tej sytuacji posunięcie: umówmy się z przestępcami, że oni nie będą handlować marihuaną, a my im za to będziemy płacić coś w rodzaju „odszkodowania” za utracone zarobki. Dobry dil, czyż nie?

Dil-TAK

Eliza publikuj

Osobom interesującym się tematem medycznej marihuany znana jest zapewne barwna i kontrowersyjna postać Elizy Walczak. Ten tekst nie jest poświęcony jej samej, lecz pewnemu twierdzeniu, które od dłuższego czasu publicznie prezentuje.

EW używa marihuany w celach terapeutycznych (to żadne plotki, wiem o tym z jej własnych publicznych wypowiedzi). Kilka lat temu miała wpadkę, której konsekwencją był proces sądowy za posiadanie „znacznych ilości”. Po procesie EW nie poszła do więzienia. Rozważając rzecz teoretycznie, mogła zajść jedna z dwóch sytuacji: 1) EW nie poszła do więzienia, bo została uniewinniona, lub 2) EW nie poszła do więzienia pomimo że nie została uniewinniona (warunkowe umorzenie / wyrok w zawieszeniu / wyrok skazujący na karę inną niż pozbawienie wolności). Różnica jest zasadnicza: w pierwszym przypadku sąd stwierdził, że nie było naruszenia prawa (czyli: posiadanie marihuany przez pacjentów jest legalne). W drugim, że prawo zostało naruszone (a więc posiadanie legalne nie jest), ale okoliczności nie uzasadniały orzeczenia kary pozbawienia wolności.

Polscy chorzy chcący się leczyć marihuaną otrzymują sprzeczne komunikaty. Z jednej strony jest EW twierdząca, że posiadanie marihuany na potrzeby lecznicze jest legalne, bo przecież ona miała, a jej nie zamknęli. Z drugiej strony jest Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, która zakazem posiadania obejmuje wszystkie przypadki, nie robiąc wyjątków dla posiadania w celach leczniczych. (Pojawiające się co jakiś czas informacje o skazaniu posiadających lub uprawiających na własne potrzeby pacjentów zdają się być tu potwierdzeniem.) No, ale przecież jej nie skazali, więc…?

Jest bardzo proste rozwiązanie: EW powinna opublikować swój wyrok. Nie jest to wcale taki niezwykły pomysł, już sporo razy widziałem, jak ludzie po zamazaniu danych wrażliwych udostępniali w Sieci swoje wyroki. Żeby zaszpanować, żeby prosić o pomoc w przygotowaniu apelacji, żeby wyśmiać jakieś niezręczne sformułowanie użyte przez sąd. A tutaj powód byłby bardzo zacny: gdyby faktycznie, jak twierdzi EW, w jej sprawie zapadł wyrok uniewinniający (a więc posiadanie przez chorych jest legalne), jaka fantastyczna byłaby to pomoc dla tych, którzy już mają, albo potencjalnie mogą mieć, konflikt z prawem. Nieważne, że nie obowiązuje u nas precedens sądowy: byłby to wspaniały punkt wyjścia dla adwokatów kolejnych nieszczęśników, którzy wpadli z lekiem. A przecież EW zawsze twierdziła, że chodzi jej o dobro pacjentów. Ja kilka razy usiłowałem namówić ją na pokazanie wyroku, ale, mówiąc językiem dyplomatycznym, moje propozycje nie spotykały się ze zrozumieniem. I powiem szczerze: zaczynam podejrzewać, że ten opór może oznaczać, że jednak uniewinnienia nie było, a więc twierdzenia EW o legalności posiadania na potrzeby medyczne są psu na budę.

I na koniec wyjaśnienie. Na punkcie EW nie mam żadnej obsesji, nie uważam jej też za swojego wroga. Moje zainteresowanie wyrokiem i naleganie na jego publikację bierze się wyłącznie stąd, że głoszoną przez EW tezę uważam za fałszywą, a co ważniejsze: społecznie szkodliwą. Myślę, że to będzie ostatnia próba z mojej strony (bo ile można, jest mnóstwo innych rzeczy do zrobienia). Ale właśnie dlatego, że nie zamierzam już wracać do tej sprawy, chciałem możliwie szczegółowo przedstawić mój punkt widzenia i moje argumenty.

A zatem ponawiam apel:

Eliza_publikuj