A Bob Marley palił marychę, a zmarł na raka

Taki argument często spotykam w internetowych dyskusjach o leczniczym działaniu marihuany. Na tyle często, że postanowiłem poświęcić mu oddzielny wpis.

Tak, prawdą jest, że Marley palił marihuanę i prawdą jest też, że zmarł na raka. Nie był to jednak rak płuc ani krtani, więc przynajmniej tu sprawa jest jasna: nie można powiedzieć, że Marleyowy rak został wywołany przez palenie gandzi. (Dla zainteresowanych: Marley miał raka stopy z późniejszymi przerzutami.)

No, ale zarzut, którym tu się zajmuję, zwykle nie mówi o tym, że palenie marihuany zabiło Marleya, lecz że go nie uratowało. Myślę, że przynajmniej część winy za to, że taki zarzut w ogóle się pojawia, ponoszą sami zwolennicy marihuany, którzy z entuzjazmem używają hasła „marihuana zabija raka”. Niezorientowani interpretują je jako „pal marihuanę, a wyleczysz się z choroby nowotworowej”. Niestety, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Pojawiające się w naszych ciałach niesprawne (np. zmutowane) komórki są przez organizm eliminowane przez wydanie im polecenia dokonania samozniszczenia w procesie zwanym apoptozą. W przeważającej większości przypadków komórki polecenia posłusznie wykonują. Ale nie zawsze. I właśnie te komórki, które nie chcą się wyłączyć i mnożą się poza kontrolą organizmu, tworzą tkankę rakową. Kannabinoidy (substancje aktywne występujące w marihuanie) są w stanie takie komórki unieszkodliwiać, skutecznie dostarczając im (powiedzmy obrazowo: „wzmacniając”) sygnały pochodzące z organizmu.

W momencie postawienia choremu diagnozy jego tkanka rakowa składa się już z bardzo wielu komórek. Palenie marihuany, nawet bardzo intensywne, nie dostarcza organizmowi kannabinoidów w ilości wystarczającej do ich unieszkodliwienia. W różnych eksperymentach, które wykazały skuteczność kannabinoidów w eliminacji komórek rakowych, stężenia były o wiele wyższe niż osiągane przy paleniu skrętów. Jak na razie nauce nie udało się opracować sposobu podawania kannabinoidów, który skutecznie eliminowałby wszystkie komórki rakowe u chorych. Co nie znaczy, że sposób taki nie istnieje. Jest to doustne przyjmowanie bardzo skoncentrowanego wyciągu z marihuany zwanego RSO („Rick Simpson Oil”). Niestety, bariery prawne i administracyjne oraz brak źródeł finansowania sprawiają, że dowody naukowe na skuteczność RSO jeszcze nie istnieją i kto wie, kiedy zostaną zdobyte. Istnieją natomiast setki, a może już tysiące, dowodów nieformalnych, świadectw samych wyleczonych lub ich rodzin (jak choćby znany wielu z Was przypadek Jakuba). Oficjalna nauka deprecjonująco nazywa te dowody „nieudokumentowanymi”, bo (poza blokowaniem „udokumentowanych” badań) cóż innego jej pozostaje…

Podsumowanie: „marihuana zabija raka” – tak, „pal marihuanę, a wyleczysz się z raka” – nie.

PS

Nie tak dawno pojawiła się nowa wersja omawianego tu przekłamania. Jest to dla mnie dość przykry temat, bo autorem tej nowej wersji jest osoba, którą szalenie cenię za inne teksty. No, ale cóż zrobić, takie jest życie: zamieszczony na Twitterze tekst „…jak choroba Kory ma się do argumentu że marihuana leczy?” p. Rafałowi Ziemkiewiczowi po prostu nie wyszedł. Wypowiedź spotkała się z dość ostrymi komentarzami z różnych stron (tu przykład). Opublikowane po „aferze” stanowisko jej bohatera („Nie muszę chyba tłumaczyć, że żadnego ‚szydzenia’ z choroby nowotworowej nie było (…) zwróciłem uwagę, że ta choroba obala jedno z kłamstw kolportowanych przez marihuanistów, jakoby ich ulubione zielsko leczyło liczne choroby, w tym właśnie nowotwory”) pokazuje, że o marihuanie RAZ wie niewiele. I choć sama niewiedza nie jest jeszcze naganna, to publiczne wypowiadanie się na ten temat (nie tylko na Twitterze) już tak. Temu tematowi poświęcę następny wpis.

One thought on “A Bob Marley palił marychę, a zmarł na raka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.