Zagubiony pan Karoń w świecie marihuany

W internetowej telewizji http://wRealu24.tv występuje z pewną częstotliwością pan Krzysztof Karoń. Tematyka jego wystąpień jest raczej odległa od moich zainteresowań, więc słucham go rzadko (choć ze względu na specyficzny sposób konstruowania przezeń narracji – z pewnym zainteresowaniem). Ale ostatnio postanowił zabrać głos na temat medycznych zastosowań marihuany. W jego wystąpieniu (www.youtube.com/watch?v=7Mq5hplNftQ) było sporo wątków, z którymi się nie zgadzam, zaproponowałem więc stacji, żeby mi umożliwiła przedstawienie moich zastrzeżeń. Ku mojemu lekkiemu (ale pozytywnemu) zdziwieniu stacja nie miała problemu z udostępnieniem eteru głosowi krytycznemu wobec wypowiedzi jednej ze swoich gwiazd i tak doszło do tego nagrania: www.youtube.com/watch?v=MDa0IETV_wM. Parę dni później odniósł się do niego pan Karoń: www.youtube.com/watch?v=xU6f5eVDkOs&t=1569s („smutny pan” to ja). Poniżej prezentuję parę polemicznych uwag do tej drugiej panakaroniowej wypowiedzi.

 

Ważnym argumentem p. Karonia przeciwko marihuanie jest to, że używali jej przebywający w Stanach prości robotnicy meksykańscy („niziny społeczne„. Tak, po pracy mieli wolny czas i byli bardzo słabo zintegrowani ze społecznością miejscową, więc spędzali wolny czas tak, jak to robili w ojczyźnie. Tylko… czego to dowodzi? Moim zdaniem niczego. Bo oto, panie Karoń*, okazuje się, że marihuany używali także na przykład twórca firmy Apple Steve Jobs, słynny astronom i pisarz Carl Sagan czy wszyscy Beatlesi. To nie jest prekariat, to nie jest „półświatek tak zwanej kultury„. Ale czy te nazwiska (i dziesiątki innych, bez problemu do znalezienia w Sieci – na przykład tu o sześciu celebrytach używających leczniczo) są argumentem za marihuaną? Dla mnie nie, podobnie jak nie jest argumentem przeciwko marihuanie to, że używali jej meksykańscy robotnicy. Jeżeli mamy dyskutować poważnie, to używajmy argumentów poważnych, merytorycznych. Jeżeli je mamy.

No właśnie, argumenty… W swojej wypowiedzi p. Karoń w żaden sposób nie odniósł się do poruszonej przeze mnie kwestii terapeutycznych właściwości THC oraz jego synergicznego, korzystnego dla chorych, współdziałania z innymi składnikami marihuany. Powoduje ono, że cała roślina jest dla pacjenta opcją lepszą niż wyizolowane związki. Dlaczego p. Karoń o tym nie wspomniał? Widzę 3 możliwości. Pierwsza jest taka, że tego wątku po prostu nie zrozumiał. Wątpię, żeby tak było, ale wykluczyć nie mogę. Możliwość druga: p. Karoń zrozumiał, o co chodzi, ale jako osoba kompletnie nieczująca tematu nie zorientował się, jak to jest ważne, nie chwycił, że tego nie można pominąć milczeniem. Też nie wydaje mi się, żeby tak właśnie było. Zostaje trzecia możliwość, najbardziej dla mnie prawdopodobna: fakt, że psychoaktywny THC ma jakiekolwiek (a już tym bardziej że duże) pozytywne efekty prozdrowotne zupełnie nie pasuje p. Karoniowi do obrazka, dlatego najzwyczajniej w świecie go zignorował. (Przypominam, jak wygląda panakaroniowa wizja leczniczego stosowania konopi: zezwala on ekstrahować poszczególne substancje i stosować je, ale po odrzuceniu tej jednej będącej odurzaczem i ogłupiaczem pozbawionym jakichkolwiek właściwości korzystnych dla zdrowia. No, może jakieś tam ma, ale „w drugim rzucie”, a to za mało. Informacja o tym, że THC jest głównym składnikiem leczniczym konopi, jest dla przedstawionej wizji zabójcza, więc, żeby nie musieć jej zmieniać, nad informacją się przechodzi do porządku dziennego, dzięki czemu wszystko znowu „gro i bucy” i dalej można udawać fachowca.)

Jest jeszcze jeden mój argument, który p. Karoń całkowicie pominął milczeniem, argument ważny, mający duży ciężar gatunkowy. Chodzi o to, że jak dotąd nigdzie na świecie nie zdarzyło się, żeby prawa dotyczące medycznego stosowania marihuany zostały skasowane lub choćby okrojone. W drugą stronę owszem, jest już wiele przypadków poszerzania zakresu stosowania marihuany czy wprowadzenia innych ułatwień dla chorych. Ale wstecz – nie ma. A przecież gdyby gdziekolwiek zaczęły się materializować te wszystkie okropności, które tak malowniczo przedstawił p. Karoń, medyczny użytek marihuany zostałby zawieszony. A tu nie. Ciekaw jestem, czy p. Karoń ma na to jakieś wytłumaczenie. Setki milionów ludzi ze zjaranymi mózgami? Ćpuńska ideologia sterująca władzami Kanady, Izraela czy Niemiec? Ogłupieni śmiertelnym narkotykiem obywatele 31 stanów w USA nagle stracili zainteresowanie losem swoich dzieci? Panie Karoń*, czy miałby Pan jakiś komentarz w tej sprawie? Bo nie ukrywam, że trochę mi go zabrakło. I najchętniej żeby to nie było „na takim poziomie nie będę dyskutować” czy jakiś inny unik. Bo uniki już były. (I dla całkowitej jasności: mówię o prawie, które dopuszcza medyczny użytek marihuany, a nie „wyabstrahowanych” zeń substancji. Zielska, panie Karoń*, zielska.)

Jeszcze drobiazg, ale myślę, że bardziej istotny, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka. Otóż p. Karoń obsesyjnie protestuje przeciwko frazie „marihuana leczy”. Jego prawo, ale ja chętnie poznałbym jego zdanie na temat: co leczą farmaceutyki? (Zastanawiałem się nad tym z p. Rolą, odsyłam do tego fragmentu mojej wypowiedzi, żeby się tutaj nie powtarzać.) Zrobił nam p. Karoń wykład na temat „czy uśmierzanie bólu jest leczeniem”, więc na leczeniu też się zna i pewnie będzie skłonny podać swoją szacunkową ocenę procentu, o jaki pytałem p. Rolę.

 

No dobrze, ale co cesarskie cesarzowi: w celu całkowitego zniszczenia mnie p. Karoń użył w swoim drugim wystąpieniu antymarihuanowym aż 3 argumentów natury merytorycznej. O nich teraz pokrótce.

Argument pierwszy: marihuana z okresu hipisów to przeszłość (p. Karoń obejrzał kolejny film – trzeci już? – więc wie), dziś zawartość tych [kontrolny rzut oka na kartkę] kannabinoidów jest o wiele wyższa. Owszem, zgadza się, dzisiejsza marihuana jest silniejsza niż dawna. Nie wiem co prawda, jak się to ma do będących tematem rozmowy jej medycznych zastosowań (p. Karoń pewnie też nie wie, ale co mu szkodzi ludzi postraszyć), ale OK, zagadnienie jako takie istnieje. Gdyby p. Karonia bardzo ono interesowało, to informuję, że w książce Odkłamywanie marihuany poświęciłem mu cały rozdział – nosi on numer 17, liczy 10 stron i zaczyna się na str. 163. Rozdział prowadzi do bardzo ciekawych wniosków, a cytowane w nim źródła są czasami bardzo nieoczywiste. Domyślam się, że p. Karoń nie kupi tej książki (choćby dlatego, żeby nie wspierać w ten sposób propagatora narkotyków), ale mam inne rozwiązanie: jeżeli nie brzydziłby się Pan wziąć tej książki do ręki, to proszę pogadać z p. Marcinem, on ją ma, na pewno Panu pożyczy.

Argument merytoryczny nr 2: z badań 50 tysięcy żołnierzy wiadomo, że „Marihuana powoduje głębokie nieodwracalne negatywne skutki w rozwoju szczególnie młodego człowieka”. Fakt, zrobiono w Szwecji takie badanie, objęło ono nieco ponad 45 tysięcy rekrutów (których losy badano jeszcze wiele lat po wypuszczeniu ich do cywila) i jest to badanie z lubością przywoływane przez różnych marihuanofobów na całym świecie. O nim także mówię w Odkłamywaniu, ale ponieważ nie wiem, czy p. Karoń jednak zdecyduje się pożyczyć od p. Roli tę książkę (oraz dla innych osób czytających te słowa, które pożyczyć książki od p. Roli nie mają szans) przytoczę, co piszą o wiarygodności tego badania, o jego poziomie naukowym, autorzy opracowania pt. Szkodliwe działania marihuany: „[wykazywany przez badanie] związek pomiędzy śmiertelnością i używaniem marihuany znikł, gdy dane poddano statystycznej wielowymiarowej korekcji pod kątem używania alkoholu i innych narkotyków”. W tłumaczeniu na nasze: gdy z analizy wykluczono facetów, którzy po wyjściu z wojska grzali gorzałę, brali herę, wciągali kokę, niuchali kleje i co tam jeszcze, nagle się okazało, że losy facetów używających jedynie marihuany niczym nie różniły się od losów facetów niejarających. Niczym. Takie właśnie metodologiczne knoty mają w arsenale marihuanofoby.

No i wreszcie trzeci argument merytoryczny p. Karonia. Co prawda znowu nie dotyczy zastosowań medycznych, lecz marihuany w ogóle, ale padł, więc jakoś należałoby się odnieść. Niestety, przyznaję, że dobrej odpowiedzi nie mam, więc jedynie go przytoczę. Oto on:

 

Wszystkich wciąż jeszcze uważających, że p. Karoń się zna na marihuanie, zapraszam do wsłuchania się w jeszcze dwa cytaty. A potem, już na zakończenie, bonus o tym, jak p. Karoń zgrabnie a nieświadomie się samozaorał. Ale najpierw na poważnie.

Cytat 1: „W tej chwili już na rynku jest dostępny lek wyprodukowany na bazie tego THC, który ma zastosowanie w leczeniu – zaznaczam: on nie leczy, bo nie taka jest jego rola, on tylko zapobiega tym ciągłym powtarzaniom [napadów padaczkowych]”. No to gratulacje, doktorze Karoń: używanie prokonwulsyjnie działającego THC w padaczce to neurologiczna nowość na skalę światową. Na szczęście jestem dziwnie przekonany, że żaden epileptyk nie rzuci się zaraz szukać dla siebie „leku na bazie THC”.

Cytat 2: „Potrzebne jest powtórzenie pewnej podstawowej informacji, która jest ogólnodostępna i nie trzeba być żadnym fachowcem, żeby ją znaleźć”. Skoro nawet niefachowiec znajdzie, to co dopiero fachowiec tej klasy, co p. Karoń. Posłuchajmy: „(…) to jest tak zwany kannabinol, czyli to, co się określa skrótem THC”. Nie było to przejęzyczenie, za parę minut p. Karoń ponownie odczytał z kartki: „THC, czyli kannabinol„. „Tu kannabinol, tu kannabidiol, jak ktoś tam słucha po łebkach to nawet nie odróżni„. Na szczęście mamy fachowców, którzy odróżniają za nas.

Zastanawiałem się, skąd u p. Karonia ten kiks, ewidentny dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o kannabinoidach. Przecież on to musiał sprawdzić w źródle o wiarygodności co najmniej Wikipedii. I chyba doszedłem, jak to mogło wyglądać. Otóż wyraz „tetrahydrokannabinol” (zwłaszcza w wersji „delta9-tetrahydrokannabinol”) to wyraz długi, często w całości nie mieści się w jednej linii. Być może było więc tak, że w linii zmieściła się tylko część „delta9-tetrahydro-„, a reszta wraz ze skrótem przeszła do linii następnej: „kannabinol (THC)”. Tam ją podchwycił p. Karoń i swą właśnie zdobytą wiedzą ochoczo się podzielił z całym światem. Ktoś zarzuci mi, że się czepiam nazewnictwa, dupereli nieistotnych dla całokształtu. Otóż nie, to nie są duperele. Tak by było, gdyby p. Karoniowi nie udało się wypowiedzieć poprawnie np. słowa tetrahydrokannabidiwarin – to mało znaczący kannabinoid, nie warto o niego kruszyć kopii. Ale akurat THC to absolutne podstawy, bez niego nie ma dyskusji o marihuanie. I jeżeli p. Karoń daje się nabrać na przeniesienie tej nazwy, to znaczy, że jego wiedza o kannabinoidach jest zerowa. Porównam: to jest tak, jakby o argentyńskim futbolu mądrzył się gość nieznający nazwiska Maradona. Cóż, można z nim pogadać o chodzących na mecze lewakach, narodowcach czy marksistach, o ogłupiającym wpływie futbolu na społeczeństwo (a może o mobilizacji patriotycznej), ale nie o meritum, nie o piłce. (Na wypadek, gdyby p. Karoń nie tylko nie wiedział, co oznacza skrót THC, ale także nie znał nazwiska Maradona, podaję inne porównanie: sytuacja, gdy o neomarksizmie mądrzy się gość, któremu obce jest nazwisko Engels.)

No i na zakończenie cudne panakaroniowe samozaoranie: „Jest również w internecie film na temat coffeeshopów. Tam oczywiście nie ma o tych workach, o których ja wspominałem”. Zwraca uwagę słowo „oczywiście”. Dlaczego w tym filmie oczywiście nie ma mowy o workach? Przecież to taki mocny, dający do myślenia argument: zajaranych na śmierć wynoszą z coffeeshopów tylnymi drzwiami. Dlaczego film o tym milczy? Dlaczego, według p. Karonia, milczy o tym oczywiście? Już tłumaczę: dlatego, że nawet w filmie niechętnym marihuanie (a wygląda, że tylko takie ogląda p. Karoń) takiej bzdury by nie powiedzieli. Mówią różne, ale takiej to nie. Oczywiście.


*Chwilę przed rozpoczęciem rozprawiania się ze mną p. Karoń gwałtownie zaprotestował przeciw formie „panie Krzysztofie” w ustach szczeniaków. Nie wiem, czy to by się też miało odnosić do mnie, więc na wszelki wypadek rezygnuję z tej poufałości, choć wiem, że będę brzmiał jak dzielnicowy lub urzędniczka z magistratu…

2 thoughts on “Zagubiony pan Karoń w świecie marihuany

  1. Obejrzałem na YT odpowiedź Krzysztofa Karonia. Sprawdziłem. Książka „Marihuana leczy” zawiera bibliografię z wymienionymi 509 pozycjami źródeł naukowych, na które autor Bogdan Jot się powołuje. „Ten pan” (Krzysztof Karoń – oczywiście) powołał się tylko na jedną pozycję, a mianowicie na znajomość z nie wymienioną z nazwiska panią Mają, która świetnie zna osobę morfinisty Stanisława Witkiewicza i dlatego przywołanie przez Bogdana Jot przykładu Witkacego jako człowieka, który „zażywał” i się nie stoczył jest nieomal świętokradztwem, co umieszcza Bogdana Jot na poziomie, „na którym się nie rozmawia”. Itd, itd. O marksistach, lewakach…owszem Krzysztof Karoń może, ale o marihuanie nie, bo nie wie nic, a mógłby gdyby przeczytał „Marihuana leczy”, ale nie przeczyta, bo się brzydzi. Krzysztof Karoń mówi o sobie (z ironicznym, unieważniającym uśmieszkiem), że jest człowiekiem bez wykształcenia. Ja to biorę na serio.

  2. Panie Bogdanie z kim Pan wdaje się w polemiki? Rozumiem ,że ta rozprawa pomiędzy panem,wójtem i plebanem -miała w przykładny sposób uświadomić czytelnikom bloga dystans jaki dzieli pana Karonia od innych sceptycznych przeciwników marihuany . Zakres indolencji tego Pana sprawia -że ta polemika nie była pouczająca a wręcz szkoda czasu ,żeby ją śledzić- co najmniej- od strony patrzenia na zagadnienia poruszane przez Pana Karonia. Pozdrawiam obu Panów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.