Weźcie na wstrzymanie (3)

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami zamieściłem na tym blogu dwa teksty pod tytułem „Weźcie na wstrzymanie” traktujące o tym, kto, moim zdaniem, powinien szczególnie wstrzemięźliwie wypowiadać się na temat marihuany i dlaczego tak uważam. (Dla młodszych czytelników oraz dla archeologów linki do tych tekstów: pierwszy, drugi.) W tamtych dawnych czasach zapowiedziałem, że będzie tekst trzeci mówiący o jeszcze jednej grupie zawodowej, której zdecydowanie zalecałbym wstrzemięźliwość. Z różnych względów długo to trwało, ale jednak się wywiązuję. Na cenzurowanym są tym razem duchowni.

Jak każdy inny obywatel, ksiądz ma prawo wypowiadać się publicznie na dowolny temat. Rzecz w tym, że z racji roli, jaką religia pełni w życiu wielu Polaków, wypowiedzi księży automatycznie nabierają wagi większej niż wypowiedzi przedstawicieli większości innych zawodów. Niektórzy do tego, co mówią księża, mogą wręcz podchodzić bezkrytycznie („skoro dobrodziej tak mówi, to tak musi być”).

Niestety, kwestie narkotyków (w tym alkoholu i marihuany) są bardziej złożone niż prosty podział na dobro i zło, i wypowiadanie się na ich temat wymaga pewnej wiedzy. Księża zwykle tej wiedzy nie mają, więc raczej powinni się tej tematyki wystrzegać, bo ich wypowiedzi mogą – wbrew intencjom mówiącego – przynieść więcej szkody niż pożytku.

Zacznę z grubej rury. Na temat marihuany wypowiedział się jego świątobliwość. W następujących słowach: Legalizacja tzw. miękkich narkotyków, nawet częściowa, nie tylko jest co najmniej wątpliwa na płaszczyźnie prawnej, ale też nie przynosi spodziewanych efektów. Nie wiem, jakich efektów oczekiwał papież i skąd wie, że ich nie ma, bo wystąpienie nie wyszło poza ogólniki (przynajmniej te jego fragmenty, które opublikowała Wyborcza. Jestem jednak dziwnie przekonany, że Franciszek-bez-numeru żadnych statystyk nie podał. Walnął natomiast mocno merytorycznym argumentem, że narkotyki są złem, a wobec zła nie ma kompromisów (mam nadzieję, że ta zasada dotyczy także np. pedofilów), a także że Stosowanie substytutów narkotyków nie stanowi leczenia zastępczego, lecz jest ukrytym poddaniem się w obliczu problemu (ciekawe, czy pan Franciszek słyszał kiedykolwiek o metadonie). Recepta? Najprostsza na świecie: „Nie” dla jakiegokolwiek typu narkotyków. Po prostu. „Nie” dla jakiegokolwiek typu narkotyków. Ale mówiąc „nie”, trzeba powiedzieć „tak” dla życia, „tak” dla miłości, „tak” dla innych, „tak” dla edukacji, „tak” dla pracy, „tak” dla większych możliwości pracy. Jakie pozytywne rozwiązanie wszystkich problemów… Czy widać już, dlaczego moim zdaniem księża jednak o marihuanie nie powinni mówić? To nie jest temat bla-bla, tu trzeba używać konkretów. (Bardzo proszę nie wypominać mi Wyborczej, Fronda mówi to samo: To niezwykle ważny i potrzebny dziś głos, który ujawnia zakłamanie zwolenników używek. Otóż nie, proszę Frondy, to ujawnia jedynie opinię pana papieża i otaczających go niefachowców.) Gotów jestem założyć się o moje świadectwo chrztu, że swoje zdanie o marihuanie papież i jego doradcy bardziej opierają na katechizmie niż na wynikach badań naukowych. Nie mam nic przeciw katechizmowi, ale – z tego, co pamiętam – o marihuanie było tam mało.

Kolejny głos specjalisty: Marihuana to nie to samo co papierosy i alkohol. Ona odkształca świadomość. No, ten to zapewne przeczytał kilka podręczników farmakologii i psychologii. Niestety, rozczarowanie: wiedza jego opiera się (przynajmniej takie źródła podaje Fronda) na tym, co mówił święty Paweł (jednak było to długo przed wejściem w życie Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii) oraz co zawarte jest w Mądrości Syracha (przepraszam, nawet nie sprawdzę, czy można to znaleźć w PubMedzie). A, przepraszam, jest jeszcze jedno źródło wiedzy ojca o marihuanie: zdobył ją „w swojej wieloletniej pracy z ludźmi uzależnionymi od adrenaliny sportów ekstremalnych, pornografii czy mediów”. No po prostu fachura. A żeby mu nikt nie rzucił w twarz żadnej przeszłej bibki, na wszelki wypadek mówi: Kieliszek wina czy wódki nie jest grzechem, ale celowa utrata świadomości – tak. W paleniu marihuany nie ma stanów pośrednich, np. lekkiego odprężenia. Tu chodzi o „znieczulenie się”. No, swą głęboką mądrością fachowca od grzesznych sportów ekstremalnych w trymiga spenetrował umysły wszystkich jarających na umór (bo inaczej przecież się nie da).

Czy palenie marihuany to grzech? Pan w białym habicie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale odwołuje się do inteligencji słuchających: kilku gości, którzy wpadli w ciężkie narkotyki zaczynali od marihuany, więc wicie-rozumicie. Niejednoznaczności nie ma natomiast w wypowiedziach centrali: nowa lista grzechów sporządzona przez watykańską Penitencjarię Apostolską zdecydowanie wymienia „Branie narkotyków i handel nimi” wśród czynności, z których należy się wyspowiadać. (Nie wiem co prawda, czy w przepisach wykonawczych podano definicję narkotyku, ale jestem dziwnie spokojny, że marihuana by ją spełniała.)

Dla kanadyjskich biskupów grzeszność (lub nie) marihuany nie jest czystą teorią (jak, na ten przykład, liczba diabłów na końcu szpilki): wobec rozpoczętego przez rząd Justina Trudeau procesu legalizacji zioła, wkrótce trzeba będzie rzeszom wiernych zacząć zadawać pokutę za palenie. (No, chyba że palą dla zdrowotności, bo wtedy grzechu nie ma.) Uzasadnienie, dlaczego palenie marychy jest grzeszne, jest takie, że jest to „uderzenie w cnotę umiarkowania”. Nie wiem na razie, co się dzieje w przypadku grzeszników, którzy palą umiarkowanie.

O tym, że hierarchom naprawdę jest nie po drodze z marihuaną ostatecznie przekonała mnie informacja, że w prowadzonej w 2016 roku dyskusji na temat legalizacji zioła w stanie Massachusetts Archidiecezja Bostońska przeznaczyła na wsparcie kampanii przeciwników tego pomysłu aż 850 tysięcy dolarów. Taka hojność została wytłumaczona obroną zagrożonych kościelnych programów prozdrowotnych i społecznych. (Ostatecznie mieszkańcy zagłosowali nie po myśli archidiecezji, co oznacza, że forsa przepadła, a programy są zagrożone…)

 

Oczywiście, i ze strony duchownych padają głosy rozsądne. Arcybiskup Muszyński oraz ksiądz Sowa, indagowani przez portal Cannabis News wypowiedzieli się za dopuszczeniem medycznych zastosowań marihuany, o ile będzie wykazana ich skuteczność. Niby oczywista oczywistość, ale chwała im za to, że ją dostrzegają, bo nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. (Na przykład chyba wciąż nie widać tego w Ministerstwie Zdrowia.) Ten sam portal zapytał o marihuanę pewnego znanego z mediów zakonnika (też w białym habicie), który w medycznym stosowaniu nie widzi problemu. Ale wszyscy powyżsi to są mówiący ogólnikami księża „niewyspecjalizowani”. (Zakonnik na przykład pokazał nieznajomość tematu, mówiąc: Nie można powiedzieć ludziom: „nie, nie ma problemu, możecie się sztachnąć 5 razy w tygodniu” – jakiś odsetek z nich to zabije, po prostu. Także wprowadzi ich w spiralę narkomanii, bo branie narkotyków jest zjawiskiem rozciągłym.) No to posłuchajmy, co ma do powiedzenia kościelny specjalista, osoba „zajmująca się w Kościele od wielu lat tematyką uzależnień i będąca jednocześnie duszpasterzem młodzieży”. Nie przytoczę cytatów, bo ręce opadają.

Znalazłem jeszcze jeden głos księdza na temat marihuany. Wypowiedział się p. Jacek Międlar. Nie wiem, czy wówczas był jeszcze księdzem, ale nie ma to w sumie znaczenia, bo nie mówił „od strony doktryny katolickiej” – czyli mówił od siebie. Przedstawił pogląd „medyczna tak, ale dla radochy to już nie„, oparty na mieszance prawd prawdziwych prawdziwie i tych prawdziwych inaczej. Ale wysunął bardzo ciekawą propozycję, która zasługuje na poważną analizę (choć na pewno nie dokona jej obecna marihuanofobiczna grupa nami rządząca): proponuje on, by na 2-3-4 lata, a może nawet na 10 lat, wprowadzić eksperymentalnie dekryminalizację posiadania i uprawy marihuany. Gdyby eksperyment się powiódł, gdyby – jak o tym zapewniają zwolennicy liberalnego podejścia – zaobserwowano spadek niekorzystnych zjawisk związanych z narkomanią, można by było depenalizację przyjąć na stałe, a w jakiejś perspektywie czasowej być może pomyśleć o depenalizacji. Nawet jeśli mówił to jeszcze jako ksiądz, to na pewno nie był to typowy głos Kościoła: nietypowość polega na tym, że p. Międlar używał argumentów…

Ciekawego porównania marihuany i alkoholu dokonał pewien duchowny. Podejrzewam, że po pracy nie stroni od tego drugiego. Bo oto dowiedzieliśmy się, że alkohol spożywa się ze względów smakowych, używa się go do celów zdrowotnych, a także ważny jest element wspólnototwórczy („wznieśmy kielichy”). Wyższość alkoholu jest niepodważalna, zresztą o czym tu mówić, skoro sam Pan Jezus pijał alkohol, papież też do obiadu sobie golnie. Ponadto od alkoholu człowiek się nie uzależni, a w każdym razie nie po jednym razie. Kończ waść, wstydu oszczędź.

W konkluzji powtórzę: ksiądz też człowiek i obywatel, ma prawo mieć swoje zdanie. Ale powinien zdawać sobie sprawę, że z przyczyn pozamerytorycznych jego słowa mogą być przyjmowane z większą – nomen omen – wiarą niż słowa innych ludzi. Dlatego powinni wypowiadać się z wielką ostrożnością. Nie tylko na temat marihuany, rzecz jasna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.